~ MANUELA ~
Poszłam wziąć szybki prysznic, kiedy wyszłam, zorientowałam się że dzwoni mój telefon, szybko przymknęłam drzwi od pokoju brata, aby go nie zbudzić i pobiegłam odebrać. Po drugiej stronie usłyszałam zdruzgotany głos Rebeki.
- Manuela?
- Tak, przy telefonie - odpowiedziałam
- Twój ojciec... - słyszałam drżenie jej strun głosowych
- Co z nim? - byłam przerażona, poczułam falę bólu, który mnie przeszył
- Jest w szpitalu
- Jak to?
- Bóle płuc nasiliły się
- Bóle? - nie mogłam zrozumieć o co chodzi, w mojej głowie pojawiło się tysiąc myśli, które wiły się jak robaki i nakładały jedna, na drugą, tworząc totalny mętlik
- Ma raka - usłyszałam, momentalnie zamierając. Wstrzymałam oddech, po chwili jednak zaczęłam kontynuować - przyjadę jak najszybciej
- Dobrze, czekamy na ciebie - odrzekła, po czym się rozłączyła. Usiadłam w fotelu i czułam się jak we śnie, a właściwie w koszmarze, z którego nie potrafię się obudzić. Zrobiło mi się strasznie słabo, myślałam, że zemdleję. Natychmiast zebrałam się w sobie, zastanawiając dlaczego John nigdy nic nie mówił o swojej chorobie. Czułam jak łzy napływają mi do oczu, nie wzbraniałam się, pozwoliłam im płynąć. Starałam się zachować zimną krew, aby móc wydusić z siebie choć jedno słowo, po czym wykonałam telefon do Nikki.
- Możesz zostać z Antosiem? Proszę, przyjedź jak najszybciej - z całych sił chciałam, aby mój głos brzmiał jak najbardziej naturalnie, ale Nikki momentalnie to wyczuła.
- Co się stało? - zapytała zmartwiona
- Nie mogę teraz rozmawiać, przyjedź!
- Dobrze, zaraz złapię taksówkę.
- A co z twoim motorem?
- Zepsuł się, oddałam do naprawy
- A co z twoim motorem?
- Zepsuł się, oddałam do naprawy
- Liczy się czas, mój ojciec jest w bardzo złym stanie. Zostawiam klucze, tam gdzie zawsze. Chyba sobie poradzisz?
- Pewnie, nie martw się.
- Dziękuję. - rzuciłam i wyłączyłam telefon.
Słyszałam podjeżdżający samochód a po chwili ujrzałam wysiadającą Nikki. Wyglądała na przerażoną. Zdążyła przyjechać zanim wyszłam, ale ja nie miałam już czasu jej niczego tłumaczyć. Wrzuciłam do torebki tylko najpotrzebniejsze rzeczy, jednocześnie wyciągając z szafy torbę do której rzuciłam kilka ubrań zwiniętych w kłębek, nie przejmowałam się tym.
- Mam nadzieję, że po powrocie wszystko mi wyjaśnisz - rzuciła, stojąc w drzwiach z rękami skrzyżowanymi na klatce piersiowej
- Tak, obiecuję, ale teraz muszę już jechać, zajmij się małym, niebawem wrócę.
- To coś poważnego?
- Nikki, na prawdę nie mam czasu, pa. - rzuciłam i w biegu złapałam taksówkę. Po nie całych piętnastu minutach znalazłam się na lotnisku. Po odprawie czekałam na samolot. Czułam jak moje ciało opanowały drgawki, z siłą próbowałam je stłumić. Drżącymi rękami odpaliłam papierosa, zaciągnęłam się. Po chwili poczułam jak wibruje mój telefon, który lada moment musiałam całkowicie wyłączyć, zadzwonił Nikodem.
- Gdzie jesteś?
- Na lotnisku, muszę lecieć do ojca, jest w ciężkim stanie
- Jak to?
- Zachorował i potrzebuje opieki - powstrzymywałam się od płaczu, choć byłam bliska łez.
- Kochanie, przykro mi z powodu taty. Jutro do ciebie dołączę, wątpię, żebym zdążył dziś, za pół godziny kończę dopiero pracę, a chciałbym jeszcze się wykąpać, zjeść coś.
- Dobrze kochany, rozumiem.
- Przykro mi tylko, że nic mi nie powiedziałaś
- Dowiedziałam się dosłownie niedawno. Jestem w szoku, poza tym nie chciałam cię martwić
- Manuela... - słyszałam, jak wciąga powietrze - wiesz, że zawsze masz we mnie wsparcie
- Wiem... dziękuję
Nikodem wiedział, że go potrzebuję, on wiedział wszystko...
***
Od razu dowiedziałam się gdzie jest szpital, w którym leży mój ojciec, musiałam go zobaczyć, dowiedzieć się coś więcej o jego stanie. Weszłam w pośpiechu, natrafiłam na lekarza.
- Przepraszam - zaczepiłam go, kiedy wchodził do sali.
- Tak?
- Gdzie leży John Preston?
- A kim pani jest? Córką?
- Tak, Manuela Preston. - podałam mu rękę
- Widać podobieństwo, ojciec wspominał coś o pani, z pewnością się ucieszy - uśmiechnęłam się na tą uwagę
- Może mi pan wskazać numer sali? - zapytałam z niecierpliwością.
- Ah tak, oczywiście - pokierował mnie ruchem ręki, po chwili byłam już w środku.
Tata spał, usiadłam obok na krześle i złapałam jego dłoń tak aby nie uszkodzić kroplówki. Miałam do niego żal o to, że nigdy mi o tym nie wspomniał, nigdy się nie poskarżył.
Minęło kilkanaście minut, poruszył się, po czym na mnie spojrzał. Długo czułam jego wzrok na sobie, jednocześnie powstrzymując się od płaczu. W końcu zebrał się w sobie i cichym głosem rzekł
- Przepraszam
- Tato, nic nie mów, jestem przy tobie.
Był taki bezsilny, pierwszy raz ujrzałam go smutnego, zamyślonego i zagubionego. Cała złość którą odczuwałam do ojca, ulotniła się, a na jej miejscu pojawił się smutek i łzy, które nie mogły już dłużej tłumić się w moich oczach, zalały mnie falą gorzkiej cieczy.
- Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?
Zamknął oczy, z trudem przychodziło mu mówić z maską tlenową i tysiącem kabli przyczepionych do jego klatki piersiowej, mimo to musiałam zapytać, musiałam w końcu się dowiedzieć. Widziałam, jak ciężko mu się oddycha. Doszłam do wniosku, że w tej sytuacji nie powinnam żądać od niego wyjaśnień. Przywołałam się do porządku, karcąc w myślach za nietaktowność.
- Nic nie mów - powiedziałam, ściskając jego dłoń. W tym momencie do sali wszedł lekarz prowadzący, z którym widziałam się kiedy wchodziłam do szpitala. Uśmiechnął się do mnie, po czym zaczął mówić
- Tacie się polepszy, ale musi dbać o siebie i żadnych papierosów - teraz przeniósł wzrok na ojca, który zdawał się być nieobecny.
- Zgadzam się doktorze, przypilnuję ojca i sprawię, że naprawdę dojdzie do siebie, tylko ile to będzie trwało?
- Nie mam pojęcia, prognozuję, że zostanie tutaj jeszcze co najmniej przez miesiąc i jeśli poprawa będzie widoczna, wypiszemy twojego tatę. Możliwe, że rak będzie się odzywał, ale zrobimy wszystko, żeby go uśpić.
- Dziękuję za informację. Będę dobrej myśli.
***
Czuwałam przy tacie, dopóki nie zasnął. Późnym wieczorem pojechałam do Rebeki. Zastałam ją płaczącą w fotelu, bez słowa do niej podeszłam a ta od razu się we mnie wtuliła. Była zmęczona, poprzedniego dnia również czuwała przy tacie i teraz to zmęczenie dawało się we znaki, w postaci podkrążonych oczu. Przepłakałyśmy pół nocy, siedząc przy kominku, pijąc ciepłą herbatę. Dawałyśmy sobie wzajemne wsparcie. Obie miałyśmy nadzieję, że wszystko będzie dobrze.
Nad ranem obudziłam się obok Nikodema. Byłam zaskoczona. Mocno się w niego wtuliłam.
- Kochanie, co tutaj robisz? Miałeś być dopiero po południu, a po za tym, skąd znałeś adres? - odrzekłam, kiedy spostrzegłam, że już nie śpi.
- Nie mogłem tyle czekać, musiałem przylecieć wcześniej, a adres podała mi Nikki.
- Jesteś kochany... naprawdę, dziękuję ci że jesteś
- Nie masz za co, po to mnie masz
- Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy - W jego ramionach czułam się najbezpieczniej. Wiedziałam, że dokonałam dobrego wyboru, wracając do niego.