18.06.2018

PERFECTION 7




  Odgrzałam jedzenie i punktualnie o stałej godzinie do domu wrócił Vance. Wspólnie zjedliśmy obiado-kolację, po czym wzięłam szybki prysznic.
 Kiedy zajęłam się balsamowaniem ciała naszła mnie pewna myśl a mianowicie - skoro Levi po kilku minutach spędzonych ze mną zauważył najmniejsze detale, to czy Vance nie zauważył ich przez tyle czasu?
- Vance... - zapukałam w drzwi łazienki.
- Co?
- Jaki mam kolor oczu?
- Vanesso, przecież masz lustro w sypialni.
- Wiem, ale zwyczajnie w świecie chcę to od ciebie usłyszeć.
- Zielone.
Tak... na pewno zauważył wiele detali przez te kilka lat.
 Rozczarowana i bez najmniejszej odrobiny humoru, nakryłam się pościelą po same uszy i próbowałam zasnąć starając się nie myśleć, jak bardzo bliska osoba może być jednocześnie tak odległą.
  Następnego dnia musiałam zostać w sklepie. Mary wzięła wolne z powodu wizyty u lekarza. Nie zamierzałam jej tego uniemożliwiać, w końcu była wzorowym pracownikiem. Nie miałam na dzisiaj żadnych spotkań związanych z przygotowaniami, więc spokojnie mogłam oddać się w wir pracy.
 Po godzinie 10:00 nie zawitało zbyt wielu klientów. Spokojnie mogłam zająć się zmianą wizerunków manekinów. Właśnie przyszykowałam nowy komplet, kiedy usłyszałam otwierające się drzwi.
 - Dzień dobry! - przywitałam się mając już to w nawyku.
- Witam pracusia w tak słonecznym dniu. - słysząc ten głos nie wiedziałam do końca czy się cieszę, czy może odwrotnie. - Gdzie Twoja pomocnica?
- Ma dzisiaj wolne. - nie odrywałam się od swojego zajęcia.
- W takim razie czeka Cię samotny lunch.
- Nie wybieram się na przerwę. - odstawiłam na wieszak ubrania zdjęte z manekina.
- Jak to?
- Mam zbyt dużo pracy.
- Nie widzę tu zbyt wielkich tłumów. - zaśmiał się ironicznie.
Skrzyżowałam ręce i zgromiłam go wściekłym wzrokiem.
- To, że nie ma w danym momencie klientów, nie oznacza, że nie ma co robić. Musze ubrać manekiny, rozdzielić ubrania odkładając stare i dokładając nowe, zrobić remanent, policzyć pieniądze w kasie... - zaczęłam wymieniać, nie zdając sobie sprawy z tego jak bardzo mnie to poniosło.
- Ej, spokojnie. - mężczyzna chwycił moje ręce w próbie uspokojenia.
 Na jego dotyk moje ciało przeszedł dreszcz. Zdumiona tym, jak moje ciało na niego zareagowało, spojrzałam w jego oczy.
 Zielone niczym trawa tęczówki, wpatrywały się we mnie. Te piękne okrągłe oczy, których kolor powodował, że czułam zapach skoszonej trawy z dzieciństwa.
- Pomogę Ci. - odsunął się ode mnie, dzięki czemu odzyskałam rozum.
- Nie musisz. Poradzę sobie. - szybko zaprzeczyłam.
- Muszę. Przyszedłem tu, by zabrać Cię na śniadanie do kawiarni, ale dopóki nie uporasz się z tym, nie zgodzisz się. - nie zwracając więcej uwagi na moje protesty, zabrał się za ubieranie manekina.
 Sprawnie poszło nam segregowanie ubrań oraz robienie zamówień, dlatego tuż na godzinę 12:00 pracę uznałam za zakończoną.
- Wspólnymi siłami daliśmy radę. - zauważył. - Jednak na śniadanie już się nie załapiemy.
- To dla Ciebie. - podałam mu dwie koszule. - Należy Ci się za to, że mi pomogłeś.
- Nie potrzebuję. Mogę je sobie kupić. - zaśmiał się.
- Jednak wolę, żebyś je wziął. To w podziękowaniu. - nalegałam.
-W takim razie...wezmę je, jeśli pójdziemy na obiad. - nie pozostało mi nic innego jak się zgodzić.