- Czy tutaj mieszka Janek Morawski?
- Zależy kto pyta - odezwał się ochrypłym głosem
- Jestem Izabela Pielesiak. Jego dziewczyna.
- Nigdy mi o tobie nie mówił. To chyba jakaś pomyłka.
- Jeśli to pomyłka, to skąd znałabym Państwa adres?
Mężczyzna chwilę się zamyślił, upił łyk piwa po czym rzucił:
- Co chcesz?
- Zastałam Janka?
- Wyszedł.
- A kiedy wróci?
- Jako jego dziewczyna, powinnaś wiedzieć. - spojrzał na mnie rozbawiony. Nie był skory do pomocy, a ja czułam jeszcze większe sfrustrowanie. Zaczęły trząść mi się dłonie, ścisnęłam mocniej pasek torebki zaciskając na nim palce.
- Powinnam, ale nie wiem. Rozładował mi się telefon.
- To masz pecha dziewczyno. Nie przychodź tu więcej. - prawie zamknął mi drzwi przed nosem, lecz zdążyłam go powstrzymać. Wzięłam głęboki oddech. Wiedziałam, że nic tu po mnie, ale chciałam przynajmniej dowiedzieć się, gdzie on teraz jest. Drzwi ponownie się otworzyły.
- Czego tu jeszcze chcesz?
- Może mi pan przynajmniej powiedzieć, gdzie on teraz jest? To dla mnie ważne. Obiecuję, że zaraz stąd pójdę, ale proszę mi pomóc i więcej się już nie zobaczymy.
- No dobra. Młody jest na wyścigach motocrossowych. Bierze w nich udział.
- A może mi pan powiedzieć, gdzie mam się udać?
- Radź sobie sama. Do widzenia.
Zatrzasnął drzwi. Na ten huk podskoczyłam. Odwróciłam się i szłam przed siebie, nie wiedząc czy idę w dobrym kierunku. Postanowiłam, że skoro jego ojciec (jeśli można w ogóle nazwać go ojcem) nie mógł mi pomóc, zapytałam przypadkowego przechodnia, który stanął na mojej drodze. To był strzał w dziesiątkę. Nie dość, że wskazał mi drogę, to jeszcze mnie tam zaprowadził, bo sam właśnie szedł zobaczyć jak przebiega wyścig. Całą drogę mu dziękowałam. Nie mogłam doczekać się, aż w końcu zobaczę Janka. Nagle wszystko przestało mieć znaczenie, liczyła się tylko ta chwila i świadomość, że niedługo wtulę się w jego ramiona.
***
Zajęłam miejsce na samym końcu i rozsiadłam się na rozkładanym krześle. Z zapartym tchem obserwowałam przebieg wyścigu. Po chwili Janek wyszedł na prowadzenie co dawało mu przewagę i zwiększyło szansę wygranej. Przypomniałam sobie, jak opowiadał mi o tym, że do czegoś się przygotowuje jednak nie chciał mi powiedzieć do czego, a teraz wszystko stało się jasne. Jego cross mocno się wyróżniał, widać było, że był dość ulepszony, co dawało rezultaty. Wyścig trwał już dobrą chwilę. Do końca pozostało dziesięć okrążeń wokół dość dużego boiska w kształcie owalu. Trasa była dość piaszczysta, więc za uczestnikami pojawiały się tumany kurzu. Trzymałam za niego kciuki. Zaciskałam pięści tak mocno, że zbielały mi knykcie, jednak nie przejmowałam się tym. Byłam zaaferowana tym co dzieje się przed moimi oczami. Mimo zimna listopadowej aury, tutaj było gorąco. Tłumy ludzi motywowało uczestników, jednak nie mogli być słyszalni, gdyż zagłuszał ich ryk silnika. Wszyscy zawodnicy byli w kaskach, więc nie mogłam dostrzec twarzy żadnego z nich. Na ich kombinezonach, centralnie na plecach widniały ich numery. Janek miał numer 13. Dzień moich urodzin. Dzisiejsza data. Ponoć pechowa liczba, ale wszystko wskazywało na to, że dziś właśnie pechowa trzynastka może przynieść mu szczęście. Tak też się stało, bo wygrał wyścig, jako pierwszy przekraczając linię mety. Wszyscy zerwali się na równe nogi i wiwatowali głośno klaszcząc i krzycząc z radości, oraz gratulując mu wygranej. Z głośników słychać było głos komentatora, który obwieszczał wszystkim i tak znany już wynik wyścigu. Nie czekając dłużej bez słowa podniosłam się z miejsca, aby pobiec do niego i mu pogratulować, jednak zatrzymałam się w połowie drogi, nie wierząc w to, co teraz widzę. Janek zdjął kask i przyjmował gratulacje od swoich kolegów, jednak zaraz potem ich miejsce zajęła długowłosa, wysoka, szczupła dziewczyna, która podbiegła do niego i rzuciła mu się w ramiona. Początkowo nie zrobiło to na mnie większego wrażenia, pomyślałam, że to pewnie przyjaciółka, która również podzielała jego entuzjazm. Zaczęłam znów zbiegać po schodach. Od znalezienia się tuż obok niego dzieliło mnie zaledwie kilkanaście schodków. Uradowana dalej biegłam w jego stronę kiedy nagle ta sama dziewczyna wpiła się w jego usta. Nie odepchnął jej, a co gorsza zaczął odwzajemniać pocałunki z taką pasją, że poczułam jak się czerwienię. W moich oczach zaczęły zbierać się łzy, które były gotowe ulecieć w każdej sekundzie. Nie wzbraniałam się przed tym, pozwoliłam im płynąć. Było mi wszystko jedno. Świat zaczął się rozpadać. W jednej chwili straciłam grunt pod nogami. Wpatrywałam się w nich, stojąc nieruchomo. Każda sekunda patrzenia na nich sprawiała, że czułam jak moje serce rozsypuje się w drobny mak. Czułam, jak moja twarz jeszcze bardziej zalewała się łzami. Wiedziałam, co powinnam teraz zrobić - niezauważona odejść, wycofać się i wrócić do Opola. To było najlepsze wyjście. Przegrałam. Nasze uczucie nie przetrwało próby, a ten widok jest najlepszym na to dowodem. Nie można na siłę utrzymać tego co nie istnieje. Nie można się oszukiwać, trwać w czymś co nigdy nie miało miejsca, a było jedynie naszym wyobrażeniem. Widać było, że łączy ich coś więcej. Prawdziwe uczucie. Zupełnie inne, od tego jakim darzyliśmy się nawzajem...Wszystko skończyło się w jednej sekundzie, nie trzeba słów by zrozumieć, że coś co odeszło od nas tak szybko i tak niespodziewanie, nigdy nasze nie było, choć tak myśleliśmy. Spóźniłam się. Przybyłam o kilka decyzji za późno, nie zauważając że straciłam to, czego tak bardzo nie chciałam wypuścić z rąk. Musiałam to zaakceptować, pogodzić się z tym, że nie mogłam mu dać szczęścia, nie byłam w stanie. Z krwawiącym sercem, ostatni raz na nich spojrzałam, po czym odwróciłam się wracając na dworzec, by wsiąść w pociąg który zawiezie mnie z powrotem do Opola, tym samym zrywając wirtualną nić która była zbyt cienka, by wytrzymać próbę odległości. Zbyt cienka by przetrwać.