***
- Hej, Merel! - szturchnęła mnie łokciem.
- Co jest? - spojrzałam na nią spod czarnych okularków.
- Ciągle na ciebie spogląda. - wskazała siedzącego na miejscu ratownika Bryana.
- Roxan, nie szukaj zaczepki tam, gdzie jej nie ma. - opadłam na leżak przybierając poprzednią pozycję.
- Jak chcesz. Idę popływać. - zostawiła mnie samej sobie.
Mimo moich sprzeciwów, przez ciemne okulary przyglądałam się sylwetce Bryana.
Blade ciało, idealnie wytrenowane. Ramiona pokrywały rysunki tatuaży przypominające łańcuchy. Kto by pomyślał, że w pracy ratownika dopuszczalne jest posiadanie takich znamień na ciele.
Spojrzał na mnie i jego kąciki ust uniosły się w delikatnym, cwanym uśmiechu. Przy jego oczach pojawiły się zmarszczki. Przez moje ciało przeszedł przyjemny dreszcz.
Pospiesznie odwróciłam wzrok obawiając się, że zostałam przyłapana na wpatrywaniu się w niego. Poprawiłam oparcie leżaka i sięgając do torebki wyjęłam szkicownik. Przeleciałam kilka kartek i zatrzymałam się na czystej. Od razu chwyciłam do ręki ołówek i zaczęłam stawiać pierwsze kreski.
Mój obraz przedstawiał dzieci bawiące się w brodziku, a tuż obok stoisko ratownika. Dopiero po chwili zorientowałam się, że przy dzieciach, na oko mających z 7 może 8 lat, stoi Bryan. Opowiadał im o czymś, a one pilnie przysłuchiwały się temu. Zaciekawiona podniosłam się odstawiając na bok szkicownik i zaczęłam podążać w tamtą stronę.
Cóż zrobić, od dziecka byłam ciekawska. Nie zauważyłam, kiedy potknęłam się o dmuchane koło jednego z dziecka i wpadłam do basenu. Wystraszona zaczęłam krztusić się wodą, aż poczułam silnie oplatające mnie ramiona. Z mocno zaciśniętymi oczyma pozwoliłam memu wybawcy wyciągnąć mnie na powierzchnię.
- Pochyl się! - rozkazał, na co zrobiłam tak jak kazał.
Zaczęłam kaszleć, a z jego klepnięciami woda zaczęła wypływać z moich ust. Przestał, kiedy zauważył, że moje ciało uspokoiło się i jestem bezpieczna.
- Wow! - usłyszałam zszokowanie dzieci. - To było niesamowite. Jak zrobiłeś to tak szybko?- zarzuciły go masą pytań.
- Praca ratownika wymaga szybkich reakcji. Pamiętajcie, że musicie uważać, aby nie dochodziło do takich sytuacji. - odszukał wzrokiem moje wystraszone spojrzenie. - Idźcie przyszykować się do zajęć. Za chwilę przyjdę. Upewnię się tylko, że wszystko jest w porządku z naszą „ciamajdą”. – zaakcentował ostatnie słowa w żarcie do dzieci.
- Nie jestem ciamajdą. - szybko zaprzeczyłam posyłając mu złowrogie spojrzenie.
- Ciągle muszę cię ratować. - przejechał dłonią po moim policzku.
- Dziękuję. Mam nadzieję, że więcej do tego nie dojdzie. - podniosłam się.
- Oby. - przybrał poważną minę. - Wszystko w porządku?
Przez chwilę poczułam, że martwi się o mnie. To bardzo przyjemne uczucie, jednak nie było szczere. Robił to z obowiązku.
- Tak. Nic mi nie jest. - powiedziałam urażona i odeszłam zabierając swoje rzeczy.
Merel! Musisz się uspokoić! To nie jest chłopak dla ciebie! Weź się w garść!
Skarciłam siebie w myślach, jednak moje serce ciągle ciągnęło do niego.
