- Muszę ci wyjaśnić parę spraw.
- Więc na co czekasz?
- Nie tu, chodźmy do samochodu. Muszę być pewny, że nikt nas nie usłyszy.
Jak powiedział, tak też zrobiliśmy. Wsiadłam do bordowego bmw i zamknęłam drzwi. Na zewnątrz właśnie zaczął padać deszcz.
Spokojnie wpatrywałam się w odbijające się krople wody od szyby. Dzisiejsza pogoda w pełni odwzajemniała moje uczucia.
- Jak wiesz nie miałem łatwego dzieciństwa... - zaczął, ale ja mu przerwałam nie chcąc kazać mu opowiadać o tych ciężkich chwilach.
- Wiem o wszystkim. - nadal wpatrywałam się w szybę.
- Nawet nie masz pojęcia jak cholernie bolała mnie jej strata. Podczas tej jednej chwili przeklinałem samego siebie, to jakim byłem idiotą i to, że powinienem lepiej ją traktować. Nie mogłem uwierzyć, że nie usłyszę jej głosu, ani nie poczuję matczynego ciepła.
- Czy...
- Nie. To nie ja ją zabiłem. To był Ridge. - przeniosłam na niego wzrok. - Kiedy wszedłem do jej sypialni byli w trakcie kłótni. Ridge uparcie trwał przy swoim, a ona? Ona nie obawiała się niczego, przynajmniej tego nie pokazywała. Próbowała spokojnie zapanować nad nim, przemówić mu do rozumu, jednak nie przyniosło to dobrych rezultatów. Patrzyłem jak wymierza w nią pistoletem i strzela, a ja nie mogłem nic zrobić.
- Dlaczego nie powiedziałeś im tego? Oni wszyscy myślą, że to twoja wina.
- A co by to zmieniło? Ridge był idealnym synem. Chętnie się uczył, nie stwarzał problemów, miał idealne perspektywy na życie. Nie chciałem psuć im tego obrazu. Wystarczyło, że to ja byłem czarną owcą w rodzinie. - widziałam w jego oczach łzy.
Nie zwlekając wcisnęłam się na jego kolana, siadając okrakiem twarzą do niego. Ujęłam jego delikatną twarz w moje malutkie ręce, rozkazując mu w ten sposób spojrzeć mi w oczy.
- Nie jesteś zły Bryan. Zwyczajnie w świecie się pogubiłeś i nikt nie potrafił podać ci pomocnej ręki tak, byś ją przyjął.
- Twoje słowa nic nie zmieniają. - kciukiem starłam spływającą po jego policzku łzę. - Nadal brakuje mi jej. Przyzwyczaiłem się do tego braku, jednak to nadal boli. Nie byłem nawet na jej pogrzebie. W ten sam dzień uciekłem z domu, po wysłuchaniu od mojego ojca, że mam się więcej tu nie pokazywać, że wyrzeka się mnie.
Całym sercem czułam jego ból. Przeżywałam go razem z nim i wiedziałam, że muszę mu pomóc. Że ten obowiązek, spadając z jego matki, przeszedł na mnie.
W ciszy pozwoliłam schować mu twarz między szyją a moimi włosami. Potrzebował tego. Potrzebował napawać się moim ciepłem, bliskością i miłością, którą żywiłam do niego od tych piekielnie długich, czterech miesięcy. Zwyczajnie w świecie potrzebował się wypłakać.
Kiedy uspokoił swój oddech i jego ciało nie było już tak napięte, opadł na siedzenie i podpierając głowę o zagłówek skórzanego fotela wpatrywał się we mnie.
-Teraz już wiesz o mnie wszystko. - przejechał dłonią po moim ramieniu.
- Nie do końca. - spojrzał na mnie zbity z tropu. - Nadal pozostaje kwestia twoich ciągłych zniknięć i zostawiania mnie samej sobie, bez żadnych wyjaśnień. - na te słowa ciężko westchnął.
- Wróciłem po ciebie. Czekałem pod akademią, ale nie zastałem cię tam. Mieszkanie również świeciło pustkami. Dzwoniłem do Deava, ale jakbyś zapadła się pod ziemię. W tamtym momencie poczułem, jakby ktoś wydzierał z klatki piersiowej moje serce. Bałem się o ciebie. - przerwał na chwilę myśląc, że zmienię temat, jednak tego nie zrobiłam. - Dopiero Kellan wysłał mi wiadomość, że zjawiłaś się w naszym rodzinnym domu. Tego obawiałem się najbardziej.
- To nadal nie wyjaśnia twoich zniknięć. - zauważyłam.
- Wróciłem po ciebie, bo moje serce cię potrzebuję. Ja cię potrzebuję. Wyjedź ze mną.
- Co? Ale gdzie? Kiedy? Dlaczego? - byłam zaskoczona jego propozycją.
- Pracuję w skomplikowanej i niezbyt bezpiecznej grupie, która włamuje się na konta firm i pobiera ważne informacje. Są one potrzebne do funkcjonowania firmy, bądź jej upadku. To zależy jedynie od poleceń szefa. Nigdzie nie siedzę dłużej niż miesiąc, góra dwa. Dopiero przy tobie…ciągle wracam do ciebie.
Z natłokiem informacji usiadłam na miejscu pasażera i podkulając kolana, oparłam na nich brodę, przetwarzając wszystkie nowe informacje. Niestety było ich za dużo na jeden dzień.
- Wpakowałem się w niezłe bagno, wiem, ale przed tym cię ostrzegałem. - czułam jego wzrok na sobie, jednak nadal wpatrywałam się w moje stopy. - Chciałem cię trzymać na dystans, ale nie potrafiłem. Teraz nie wyobrażam sobie byś odeszła.
Wiem, że oczekiwał na moją odpowiedź. Logiczne, że chciał bym podjęła ją teraz, jednak nie potrafiłam. Tego wszystkiego było za dużo.
- Jedź..po prostu jedź… - poprosiłam.
- Dokąd?
- Obojętnie, chce tylko żebyś jechał.