3.12.2017

CHANGE cz. 40



  Minął tydzień, a ja ciągle siedzę zamknięta w pokoju. Nie wychodzę, bo przekraczanie wszystkich uliczek w samotności, nie mogąc odezwać się do nikogo przyprawia mnie o zawrót głowy. Bryan ciągle siedzi przy laptopie, rozszyfrowując jakieś kody zabezpieczeniowe, albo jest poza domem i wraca jedynie na noc. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz robiliśmy coś wspólnie.
 Tego wieczoru było prawie tak samo. Siedziałam na parapecie i przyglądałam się swoim nowo zrobionym paznokciom. Lawendowy odcień idealnie kontrastował z czarnymi dodatkami.
Przejechałam palcem wskazującym po każdym paznokciu. Najpierw malutki, pokryty jedynie lawendowym kolorem, następnie serdeczny, na którym znajdował się trójkąt z czarnego brokatu, środkowy o podobnym wzorku do poprzedniego. Wskazujący pokryty rysunkami owijających się pnączy, i kciuk, zwykły lawendowy.
 Minęły długie dni, od kiedy właśnie w taki sposób Bryan obdarowywał każdy z nich pocałunkami. Brakowało mi tego. Owszem, był czuły, pieścił moje ciało dotykiem, jednak to nie było to, co kiedyś.
 Oparłam szkicownik o kolana i kolejny raz zabrałam się do szkicowania. Kreska pionowa, pozioma, zatarcie palcem węgla…i kolejny raz karta papieru trafia, pod znajdujący się już pod toaletką stosik zwiniętych kul tych bohomazów.
 Nawet nie zdałam sobie sprawy, kiedy wszystko zaczęło mnie przytłaczać, aż tak bardzo, że nawet jedyna rzecz, która nigdy nie wychodziła mi źle, stała się taka jak pozostałe w moim życiu - beznadziejna.
 Zaczynałam żałować tego, że tu przyjechałam. Gdybym miała choć odrobinę odwagi, spakowałabym się i wróciła w dawne miejsce, jednak ilekroć mam to zrobić, bliskość Bryana powoduje oddalenie się tego uczynku.
 Czy byłabym w stanie pozostawić go tutaj samego, pozbawiając naszej miłości? Nie, za bardzo go kocham.
- Ależ ty jesteś beznadziejna Merel. - oparłam głowę o ścianę i przysłoniłam oczy dłońmi.
- Dlaczego moja iskierka mówi o sobie, aż tak źle? - jego ciało zmaterializowało się w pokoju.
 Zignorowałam to nie wzruszając się z zajmowanego miejsca i nie musiałam nawet spoglądać, by wiedzieć, że podąża w kierunku stosiku zmarnowanych kartek papieru.
 - Co się dzieje? - ujął moje ręce.
- Nie wychodzą. - odwróciłam wzrok w zatłoczoną przez samochody ulicę.
- Widzę, ale dlaczego? - nadal nic nie odpowiadałam. Podniósł mnie na ręce i pokierował w stronę łóżka, na którym usiadł, a mnie posadził sobie na kolanach. - Co się dzieje iskierko? Co zaprząta twoją główkę?
 Kiedy tylko usłyszałam to pytanie poczułam w sobie wzrastającą frustrację i chęć wyrzucenia tego z siebie. Pierwszy raz wybuchłam.
- To wszystko nie miało tak wyglądać. - podniosłam się z jego kolan. -Ten wyjazd, ty...my..Zrezygnowałam z Akademii, jedynego celu w swoim życiu, dla marnego siedzenia w czterech ścianach?
- A czego innego się spodziewałaś? - również wstał z łóżka i podążył w moje ślady. - Doskonale wiedziałaś jaką mam pracę. Muszę skupić się na wykonywaniu pracy dokładnie. Jeden błąd i jedynym miejscem, gdzie będziesz mogła mnie zobaczyć, to sala więzienna dla odwiedzających, jeśli wcześniej nie zabije mnie Shepley.
- Tak, wiem. - przygryzłam wargę. - Ale nie sądziłam, że będę spędzała więcej chwil bez ciebie niż z tobą. Brakuje mi tych chwil z Saint Jerome. Brakuje mi ciebie.
- Nie zachowuj się jak rozkapryszone dziecko. - jego postawa mnie zszokowała.
Spojrzałam na niego z żalem i trzaskając drzwiami zamknęłam się w łazience.
 Jak on mógł powiedzieć mi, że jestem rozkapryszonym dzieckiem? W tym momencie miałam ochotę spakować swoją torbę i wyjechać. To chyba najlepsze rozwiązanie.