* Levi *
Zaparkowałem pod już dobrze znanym mi blokiem i niechętnie zostawiłem auto na luzie, jednocześnie zaciągając ręczny. Nie chciałem, żeby ta podróż minęła nam tak szybko, jednak nic nie wskazywało na to, aby miała trwać ona dłużej.
- Dziękuję, za wszystko. - usłyszałem jej delikatny, lecz kontrolowany w najmniejszym calu głos. -Nie znamy się długo i rozmyślałam nad powodem dla którego tyle mi pomagasz i nie znalazłam żadnego.- Czasem do pomocy innym nie jest potrzebny żaden powód. - próbowałem nie wpatrywać się w nią.
- Mimo wszystko dziękuję. - po tych słowach zatrzasnęła drzwi od samochodu, a mi nie pozostało nic innego jak odjechać.
Nie wracałem do domu. Za pół godziny odbywa się mój trening, na którym musze być punktualnie. Jestem nowym piłkarzem w drużynie Amreica Rj, co oznacza że muszę być dwa razy bardziej punktualny, dokładny i dawać z siebie wszystko.
Przebrałem się w strój i w samotności ruszyłem na boisko. Nikogo z mojej drużyny jeszcze nie było, dlatego postanowiłem potrenować sobie strzały do bramki. Jestem napastnikiem, więc dobre kopnięcie jest ważne.
Każda próba wychodziła idealnie. Kiedy oddawałem strzał, w bramce ukazywał mi się obraz Vanessy. Była idealna. Perfekcyjnie upięte włosy, makijaż dobrany do jej drobnych, szarych oczu. Zawsze świetnie komponujące się ze sobą ubranie, które podkreślało piękną figurę. Nie miałem wątpliwości co do tego, że jest perfekcjonistką. Moja piękna Van.
- Przygotować się do rozgrzewki! - usłyszałem gwizdek trenera, przez co wróciłem do rzeczywistości.
Po powrocie do domu, natknąłem się na wyczekującego na mnie brata.
- Jak trening? - zapytał siedząc wygodnie na kanapie.
- Padam z nóg. - zmęczony rzuciłem torbę w kąt korytarza.
- Musisz dawać z siebie jak najwięcej. Sam chciałeś dostać się do tej drużyny. Dobrze wiesz, że to nie to samo co granie w piłkę na podwórku.
- Wiem. - zająłem miejsce na fotelu, odchylając głowę w tył. - Marzę teraz o ciepłym prysznicu.-wyprostowałem się i uważnie przyjrzałem bratu. - A właściwie to co tu robisz? - zmrużyłem oczy.
- Chciałem z Tobą porozmawiać. Chodzi o tą…Vanessę? Tak ona ma na imię?
- Co konkretnie? - potarłem palcami skronie.
- Co ty kombinujesz? Ona za trzy miesiące bierze ślub.
- Wiem o tym. Co z tego?
- Czy to aby rozsądne, wdawać się z nią w poważną znajomość? Nie macie szans na związek.
- Możesz nie wtrącać się w moje życie? - zdenerwowany podniosłem się z fotela.
Tony zachowywał się jak nasza matka. Chciał ingerować w moje życie i znać na bieżąco każdą nowość.
- Ja się tylko o Ciebie martwię. Nie chcę, abyś kolejny raz przechodził załamanie.
- Zapewniam Cię, nie musisz się o to martwić. A teraz wybacz, ale jestem zmęczony. - nie czekając na jego reakcję zniknąłem w łazience.
