12.12.2017

CHANGE cz. 44




 Minął miesiąc, a ja nadal nie mogłam poradzić sobie z rozstaniem. Opowiedziałam Roxan całą historię, ukrywając szczegóły dotyczące jego pracy. Oczywiście wspierała mnie jak tylko mogła, jednak serca nie da się tak szybko uleczyć. Ciągle łapałam się na tym jak za nim tęsknię. Bardzo brakuje mi jego ciepłych rąk, tego jak zatapiam się w miękkiej pościeli, napawając się zapachem konwalii i jego wody kolońskiej, trzymania mojej ręki podczas jazdy samochodem.
 Niby małe rzeczy a jednak dawały mi poczucie, że on jest.
 Od kilku dni rozmawiam z Ridgem poprzez wiadomości. Nie mogłam uwierzyć w to jak bardzo się zbliżyliśmy, jednak to nie było to samo.
 Wychyliłam się przez okno i ujrzałam siedzącego na doskonale znanym mi ścigaczu Bryana.  Przetarłam rękoma oczy i ponownie wyostrzyłam wzrok w tamtym kierunku.
 Co on tutaj robił? Po co przyjechał?
Gdyby tylko stanął w moich drzwiach, uśmiechnął się i rozszerzył szeroko ramiona, bez wahania wtopiłabym się w niego, wybaczając mu wszystko.
 Dlaczego jego wzrok był przepełniony ogromnym bólem i żalem? Czyżby do mnie?
 Ponownie przyjrzałam się widokowi za oknem, jednak jego tam nie było. Zamiast tego stała tam żółta taksówka.
 Cholera, mam zwidy. Puknęłam się otwartą ręką w czoło i stanęłam przed lustrem. Długie, brązowe loki opadały swobodnie na ramiona, idealnie zrobiony makijaż zakrywał wielkie wory pod oczami i opuchnięte od płaczu zielone tęczówki. Granatowa sukienka ukazywała chudą sylwetkę, od miesiąca zdecydowanie pomniejszoną.
 Starając się doprowadzić swoje życie do porządku wsiadłam do czekającej na mnie taksówki, która dowiozła mnie do klubu. Jak zwykle moi przyjaciele czekali na mnie z drinkami.
  Jeden, drugi, trzeci. Chyba moja wprawa uległa zmianie, bo nadal nie czułam stanu upojenia.
 Stojąc przy stoliku wpatrywałam się w zawartość lekko zielonej szklanki. Brązowa palemka nabita w dół zwisającej pomarańczy kręciła malutkie kółka tańcząc z moimi palcami.
- Czy mogę porwać cię do tańca? - usłyszałam cichy głos za sobą.
Odwróciłam się w tamtą stronę i ujrzałam Travisa. Jak to możliwe, że jeszcze go nie spotkałam? Te same kakaowe włosy, przepuszczające odbijające się kolorowe światła, szare tęczówki wpatrujące się we mnie, jakby chciały poznać ponownie każdy skrawek mojego ciała.
 Próbowałam poczuć to dawne uczucie wypływające do niego, jednak zniknęło. Jego miejsce zastąpiły ciepłe, aroganckie, a jednocześnie troskliwe ramiona.
 Już miałam udzielić odpowiedzi, kiedy spostrzegłam znaną mi postać, stojącą za byłym chłopakiem. Wyostrzyłam wzrok i dopiero po chwili zrozumiałam, że to Bryan. Wpatrywał się we mnie czarnymi węgielkami przepełnionymi żalem.
- Merel! - potrząsnął mną.
- Co? - przeniosłam na niego wzrok.
- Zatańczymy?
- Tak, jasne. - ponownie przeniosłam wzrok w niedawno stojącego przede mną chłopaka, jednak nie było po nim śladu.
 Moje serce płata mi figle.
 Pozwalając Travisowi objąć mnie w tali, zatopiłam wzrok w jego ramię.
 Na pewno gdyby Bryan tu był, ująłby moje dłonie i zarzucił na szyję, a następnie przyciągnął do siebie pozwalając oprzeć mi głowę o jego ramię.
- Jesteś jakaś rozkojarzona. Coś się wydarzyło?
- Nie, nic ważnego. - wymusiłam uśmiech.
- Mnie nie okłamiesz aniołku. - objął moją twarz tak jak wtedy, gdy byliśmy parą. Tym razem nie wywołało to u mnie takiego efektu jakiego się spodziewał.
- Nie jestem już twoim aniołkiem. - skrzywiłam się, na co jego twarz pokrył wyrozumiały uśmiech.
- Nawet nie wiedziałem ile straciłem. Jesteś cudowną dziewczyną, Merel.
- Dziękuję. - tym razem uśmiech nie był wymuszony.
- Nie pozwól by jakiś kolejny dupek zrujnował ci życie. - mówiąc to ujął moją dłoń i ucałował ją.
  Dopiero zdałam sobie sprawę, że muzyka dobiegła końca. Spokojnie odeszłam do stolika i zajęłam wolne miejsce. Oparłam się o siedzenie i pochylając drinka wpatrywałam się w tańczący tłum ludzi.
 Ciemne włosy, czarna skórzana kurtka, wyrobiony tors przykryty białą koszulką. Cholera to on! I wpatruje się we mnie. Chwila, co to za brunetka?
 Mój drink ląduje na ziemi. Obejmuje go rękoma w pasie i pokazuje swoje zęby.
To nie możliwe! To nie może być prawdą!
To cholerne poczucie chęci wyszarpania jej włosów i nadepnięcie na każdy palec, który dotknął jego ciała.
 Roxan, szybko musze znaleźć Roxan.
 Podążyłam w kierunku baru i pilnie przyglądałam się każdej siedzącej tam osobie. Nic. Nigdzie śladu mojej blondynki. Jedyne miejsce, gdzie mogła być, było przed klubem. Nie myliłam się. Stała tam razem z Kellanem. Kiedy tylko ujrzała mnie wystraszoną od razu zaniepokoiła się.
- Merel, co się stało? - objęła mnie rękoma.
- Bryan tu jest. - na te słowa jej oczy wypełniło przerażenie.