29.11.2017

CHANGE cz. 38




  Odprężona wtulałam się w ciało bruneta. Z mojej głowy odeszły wszystkie troski i zmartwienia.
 Wodziłam palcem po nowych nabytkach na ciele chłopaka, a on owijał sobie kosmyki moich włosów na palce. Nie musieliśmy rozmawiać, by wyrazić nasze emocje.
- Bryan, robota wzywa! - usłyszeliśmy za drzwiami pokoju.
- Idę!
 Zrezygnowana opadłam na poduszki i głośno westchnęłam. Wiedziałam, że to jego praca, ale czy musiał już w pierwszy dzień mojej przeprowadzki jechać na kolejną akcję?
- Nie smuć się. - musnął moje czoło. - Niedługo wrócę.
- Uważaj na siebie. - dotknęłam dłonią jego policzka.
- Zawsze uważam. - musnął moje usta i zaczął zakładać na siebie bokserki.
 Z uwagą wpatrywałam się jak kolejne części garderoby pojawiają się na jego ciele, by z ostatnim chwytem po skórzaną kurtkę, spojrzał na mnie i mrugając opuścił nasz pokój, zostawiając mnie samą w nowych czterech ścianach.
 Podążyłam w ślady chłopaka i również założyłam na swoje nagie ciało ubrania. Wychodząc z przytulnej sypialni, zabrałam się za zwiedzanie mieszkania. Przystanęłam w kuchni czując burczenie w moim brzuszku. Otworzyłam metalowe drzwiczki lodówki i ujrzałam pustkę. Cóż się dziwić. W końcu mężczyźni nie dbają o takie rzeczy jak pełna lodówka, czy dobry obiad.
 Nie tracąc czasu zabrałam klucze, z nadzieją, że to te należą do zamka drzwi wejściowych i kierowałam się w stronę najbliższego sklepu spożywczego.
 Dopiero po dziesięciu minutach drogi ujrzałam szukany budynek. Prawie biegiem pokonałam dzielącą mnie drogę i biorąc koszyk w rękę przekraczałam ścieżki z produktami. Powrzucałam do czerwonego pojemnika kilka pudełek ciasteczek, kawę, herbatę, makaron, sos do spaghetti, chleb, warzywa i inne produkty, które powinny znaleźć się w lodówce.
 - 154 dolary. - uśmiechnęła się kasjerka.
 Z trudem wyjęłam z torebki portfel i zapłaciłam ostatnimi banknotami jakie miałam.
Ledwo dysząc doszłam do mieszkania i zmęczona opuściłam reklamówki na blacie.
- Przynajmniej nareszcie będziemy mieli co jeść. - usłyszałam swój głos rozchodzący się po pustym mieszkaniu.
 Skoro mam tu bezczynnie siedzieć to chociaż przydam się im na coś i zrobię domowy obiadek.
 Nie zajęło mi to wiele czasu. Po godzinie ziemniaki były ugotowane, kotlety usmażone, a surówka leżała przykryta pokrywką w miseczce. Zjadłam swoją porcję i usiadłam przed telewizorem.
 Jedna godzina, druga...nadal ich nie ma. Czy za każdym razem będzie wracał tak późno?
 Godzina 22:36. Wzięłam prysznic i ubierając długie, szare dresy i białą bokserkę, związałam włosy w długą kitkę i usiadłam na parapecie kuląc nogi pod brodę.
 Kolejnym minusem tego miejsca, był brak balkonu lub jakiegokolwiek miejsca do spokojnego siedzenia i wpatrywania się bezsensownie w jeżdżące po ulicy samochody.
 ~ Merel, nie możesz tak. Ciągle skupiasz się na minusach. Musisz poszukać pozytywnych stron tego miejsca. - usłyszałam w swojej głowie głos rozsądku.
 Więc tak, jestem w pięknym mieście - Montrealu, na pewno jest tu wiele ciekawych miejsc do zwiedzania. Bryan postarał się chociaż odrobinę, przybliżyć mi mój dawny pokój. Zabrał mnie ze sobą, nie chcąc kolejny raz pozostawiać mnie samej sobie.
 Chwyciłam butelkę czerwonego wina i otwierając z trudem, upiłam duży łyk.
- Brawo, upijasz się sama, zamiast wyjść do klubu. Jesteś taka zdesperowana. - zaczęłam mówić sama do siebie.
 Zatęskniłam za Roxan. Zostawiłam ją bez słowa pożegnania. Na pewno się martwi. Chwyciłam w pośpiechu swoją komórkę, by odrzucić ją z impetem na łóżko. Rozładowana. Pięknie.
 Oparłam głowę o ścianę i dalej przyglądając się widokom zza okna i upijając wino z butelki oczekiwałam na przyjście Bryana.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz