24.10.2018

PERFECTION 39


 - Gdzie byłeś? - zapytałam leżąc w łóżku.
- Przejść się. - powiedział oschle i zajął miejsce obok mnie.
- Vance, jestem ciekawa jednego.
- Czego? - przyciskał guziki na pilocie,szukając ciekawego programu w tv.
- Kiedy zamierzasz zacząć terapię?
- Nie zamierzam. - parsknął na to śmiechem.
- Jak to? A Twoja choroba?
- Nie ma żadnej choroby. Wcisnąłem Ci pierwszy lepszy kit, żebyś nie odeszła z tym swoim kochasiem.
 Nie dowierzałam w to co usłyszałam. Okłamał mnie. A ja przez niego zrezygnowałam z Leviego. Jaka byłam głupia.
- Jesteś podły. - Ze łzami w oczach wzięłam gruby koc i wyszłam do salonu. Nie zamierzałam z nim dzisiaj spać. Nie po tym wszystkim.
 Kiedy rano wstałam obolała, Vanca nigdzie nie było. Pewnie pojechał do pracy. Podniosłam się i udałam do łazienki. Spojrzałam na siebie i faktycznie Mary miała rację. Byłam wrakiem człowieka. Planowałam zrobić szybki porządek chociaż ze swoimi włosami, jednak nie zdążyłam, bo po mieszkaniu rozległ się dźwięk dzwonka.
 Zrezygnowana podeszłam do drzwi i otworzyłam je. Widząc osobę stojącą w progu zaniemówiłam. Moje serce ponownie zaczęło bić, a oczy poczuły zbierające się łzy. Głos w głowie mówił, abym rzuciła się mu w ramiona, jednak ciało nie reagowało na nic.
- Van... - mówił łamiącym się głosem, jednak ja nic nie odpowiedziałam tylko rzuciłam mu się w objęcia. - Tak Cię przepraszam.
- Nie masz za co. - odsunęłam się na nikłą odległość.
- Mam i to nie wiesz za jak wiele. - ujął delikatnie moją twarz i ucałował czubek nosa. -Zostawiłem Cię z nim, pozwoliłem na to by Cię tak traktował, by zrobił Ci krzywdę.
- To nie Twoja wina. Skąd mogłeś wiedzieć. - mówiłam kiedy w końcu wyswobodziłam usta od jego pocałunków.
- Pakuj się. - odsunął się ode mnie.
- Co? Jak to?
- Zabieram Cię stąd. Nie zostaniesz z nim ani chwili dłużej. - mówił stanowczo wchodząc do sypialni.
- Nie mogę. - powiedziałam cicho. - Jestem z nim w ciąży.
- Że co? - jego ciało doznało paraliżu.
- Jestem w ciąży. Nie chciałam tego, ale on mnie zmuszał. - ponownie z moich oczu ciekły łzy.
- Nie ważne. Pakuj się, a o reszcie porozmawiamy później. - wyjął czarną torbę i zaczął wkładać moje ciuchy. - Starczy tyle? - wskazał na połowę zapakowanej torby.
- Tak. - mówiłam ochrypłym głosem.
- Chodź. - chwycił moją dłoń i ciągnął w kierunku wyjścia.
- A wy dokąd? - w progu zmaterializował się Vance. - Zamierzasz wyjść? Vanesso, jesteś moją żoną. - skierował swoje spojrzenie w moją stronę.
- Do czasu. - odezwał się Levi wymierzając chłopakowi porządny cios w policzek. - Za to co jej zrobiłeś powinienem skopać Cię milion razy bardziej. - splunął w jego kierunku.
- Vanessa, jeśli stąd wyjdziesz pożałujesz tego. - otarł w rękaw krwawiącą wargę, jednak Levi nawet nie pozwolił mi się odwrócić, tylko zwyczajnie ciągnął mnie w kierunku samochodu. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz