Zbyt długi czas, który spędzałam na bezczynnym włóczeniu się bądź przesiadywaniu w domu doprowadzał mnie do szału. Lekcje w liceum dodawałyby mi choć trochę zajęcia, w końcu nauka, odrabianie zadań, nowe znajomości.
Podniosłam się z łóżka, w którym przeleżałam dzisiaj może z cztery godziny mojego nudnego życia i stanęłam przed lustrem.
Zwyczajna ja, normalne włosy, zero makijażu, bo nawet to mi się już znudziło, ubrana schludnie i nie wyzywająco. Po prostu nudna dziewczyna, która nie zwraca na siebie uwagi.
Czas na zmiany! - pomyślałam, przeglądając się w lustrze. Nowa szkoła, nowa Izabela!
Wyjęłam z torebki bordowy portfel i przeliczyłam ostatnie kieszonkowe, a właściwie to to co z nich zostało. Na farbę starczy - Pomyślałam, zastanawiając się jakim kolorem potraktować moje włosy. Uradowana wybiegłam z domu. Pełna euforii starałam się nie zmienić swojego zdania.
***
1 września, zmora każdego ucznia, jednak ja nie należałam dzisiaj do ich grona. Cieszyłam się na rozpoczęcie nowego roku szkolnego. Stałam na środku korytarza i rozglądałam się wokół siebie.
Po prawej stała grupka chłopaków, na pierwszy rzut oka dobrze wysportowanych. Zapewne to są sportowcy „naszej” szkoły, którzy będą zajmować pierwsze miejsca i zbiorą masę medali oraz złotych statuetek dla szkoły.
Po lewej natomiast stała grupa pięciu dziewczyn. Każda na wysokich szpilkach, krótkich spódniczkach oraz półkilogramowym makijażem. Właśnie wyciągały podręczne lusterka z torebek i zaczęły się przeglądać.
- Pięknie, tapeciary. - pomyślałam w głowie i nie zaprzestawałam zapoznawania się w terenie.
Kolejną grupą osób napotkanych przez mój wzrok byli kujoni. Siedzieli pod szafkami i już rozmawiali na temat sprawdzianów i kartkówek oraz tego, który w tym roku pobije swój wynik z diagnozy.
Do której grupy będę należała ja? Dziewczyna o kruczoczarnych włosach, mocno podkreślonym ciemnym makijażu oraz septum w nosie. Spojrzałam na swój ubiór. Nic specjalnego. Granatowa koszula z czarnym łańcuszkiem, a do tego czarne, materiałowe przylegające spodnie. Na stopach nie widać było szpilek, a zwykłe czarne balerinki. Pierwszy raz poczułam się pewna siebie. Wiedziałam, że nie dam sobą pomiatać.
Słysząc śmiech stojących Barbie, schowałam się w łazience z obawy, iż te śmiechy były kierowane do mnie. Jak na wyczucie w kieszeni rozeszły się wibracje mojego telefonu. Ujęłam go w rękę i ujrzałam napis „Kochanie”.
- Dzięki bogu. - wcisnęłam zieloną słuchawkę i przyłożyłam telefon do ucha.
- Jak tam pierwszy dzień szkoły? - usłyszałam jego radosny głos.
- Koszmarnie. Nie wiem do kogo podejść i się odezwać. Nikt nie sprawia wrażenia, żeby chciał nawiązać znajomości. - żaliłam się mu.
- Spokojnie, weź dwa głębsze wdechy i idź śmiało przed siebie. Na pewno ktoś się znajdzie, aby się z tobą zaprzyjaźnić.
Po słodkim pożegnaniu schowałam telefon do kieszeni i wyszłam na korytarz. Pech chciał, że w momencie, kiedy otwierałam drzwi ktoś natknął się i wcelował prosto w białe drzwi.
- Co jest?! - usłyszałam rozgniewany głos chłopaka.
- Przepraszam, nie widziałam cię. - spanikowana spojrzałam w jego oczy, które rozszerzył w zdumieniu.
- Następnym razem patrz się co robisz. - powiedział oschle i ruszył w kierunku stojących przy drzwiach sportowców.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz