2.04.2018

WIRTUALNA NIĆ 25

Podążaliśmy teraz drogą do domu dziecka w którym mieszkała Zosia. Nie rozmawialiśmy, byłam zbyt przejęta spotkaniem z tą małą dziewczynką. Po kilku minutach weszliśmy do środka. Nadal nie wiedziałam, jak nazywa się jej wychowawczyni, więc postanowiłam poszukać tej kobiety. Znalazłam ją na korytarzu, stała i rozmawiała z kimś. Śmiało do niej podeszłam.
- Przepraszam, mogę panią prosić?
- Ooo, Iza - zdziwiła się. Pamiętała mnie.
- Tak, pomyślałam, że odwiedzę Zosię. Dawno się nie widziałyśmy.
- Zosia ciągle mówi o tobie. Ucieszy się na twój widok. Zaprowadzę cię do niej - podążałam za nią, spojrzałam na Maćka i gestem ręki wskazałam aby przyłączył się do nas, po chwili dorównał mi kroku. Kobieta otworzyła drzwi. Weszłam do środka. Na mój widok Zosia oderwała się od malowania obrazka.
- Izaa! - podbiegła do mnie, rzucając mi się w ramiona
- Cześć kochanie, tęskniłaś za mną? - wtulona, pogłaskałam ją po włoskach.
- Bardzo! Nie miałam pojęcia, że jeszcze kiedyś mnie odwiedzisz - Nie mogła powstrzymać radości
- Niespodzianka! - mocniej ją uścisnęłam
Kobieta wciąż wpatrywała się w nas. Zobaczyłam to i na chwilę do niej podeszłam, zostawiając Zosię przez moment samą.
- Przepraszam, mogłabym zabrać Zosię? Chciałabym spędzić z nią trochę czasu.
- Oczywiście, pod warunkiem, że do wieczora przyprowadzisz Zosię z powrotem.
- Jak najbardziej. Dotrzymamy słowa.
- Dobrze, skoro tak, zaraz ubiorę Zosię i będziecie mogli gdzieś ją zabrać. Macie jakiś konkretny plan?
- Zabierzemy ją na lody i na spacer do parku.
- Musisz też o czymś wiedzieć.
- Tak?
- Zosia ma psa. Przygarnęła go ze schroniska. Moglibyście wziąć go ze sobą?
- Pewnie, nie ma problemu.
- Świetnie. Myślałaś o adopcji?
- Nie zmieniłam zdania odkąd ją poznałam...
- Widzę, że jesteś uparta. Mam nadzieję, że wkrótce będziesz mogła dać dom dla Zosi.
- Ja też.
Wtem Zosia zmaterializowała się przed nami z Maćkiem. Była już ubrana, trzymając na smyczy białego małego Labradora, który był pełen energii i podobnie jak Zosia, nie mógł doczekać się spaceru.
- To twoja sprawka? - Kobieta zwróciła się do Maćka z uśmiechem
- Tak, Zosia mnie poprosiła, abym pomógł jej się ubrać
- Spryciula - zaśmiałam się.
Kobieta w końcu nam się przedstawiła, wyciągając do nas rękę. - Stefania
- Iza
- Maciek. 
Oboje podaliśmy kobiecie rękę.
- Teraz już znamy się oficjalnie. - posłała nam uśmiech. - Idźcie, nie traćcie czasu.
- Tak, już idziemy - odezwałam się i wzięłam Zosię za rękę. Wyszliśmy na świeże powietrze.

***

Kilkanaście minut później, cała trójka objadała się lodami z budki, kierując się do pobliskiego parku. Labrador dreptał przed nami merdając ogonem. 
- Aksel! - zawołała dziewczynka. Pies odwrócił łeb w jej stronę. Zosia pogłaskała go, liżąc swojego loda. Kiedy zjadła zabrała ode mnie smycz i pobiegła za Akselem, żeby załatwił swoje potrzeby.
- Słodka jest ta mała - zagaił Maciek
- Prawda? Najsłodsze dziecko pod słońcem - westchnęłam. - Gdybym tylko mogła, zaadaptowałabym ją już teraz. 
- Poczekaj, skończ najpierw szkołę, i znajdź pracę.
- Tak zrobię, ale nie wiem ile jeszcze zdołam być cierpliwa
- Dasz sobie radę. Jesteś uparta. 
- To fakt - przyznałam mu rację. 
Zosia biegła teraz w naszą stronę, ciągnąc za sobą Akselka. Złapała Maćka za rękę.
- Proszę pana? - zaczęła.
- Słucham cię Zosiu - odpowiedział
- Mogę mówić panu po imieniu?
- Jasne, nie wiem dlaczego jeszcze tego nie zrobiłaś. Nie jestem aż taki stary - uśmiechnął się do niej
- Dobrze...Maciek?
- Tak?
- Jeśli Iza mnie zaadoptuje, zostaniesz moim tatą?
- Zosiu, tak nie można - skarciłam ją
- Ale dlaczego? Bylibyście super rodzicami. Moglibyśmy stworzyć wspaniałą rodzinę, z psem. 
- Zosiu, spokojnie. Kiedyś przyjdzie na to czas i wrócę po ciebie
- Z Maćkiem?
- Tego nie mogę ci obiecać. - Spojrzałam na Maćka. W jego oczach widać było iskierkę. Zosia zasiała w nim ziarenko nadziei na to, że jeszcze kiedyś będziemy razem. Nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa. Powoli kierowaliśmy się z powrotem do domu dziecka. Zosia pierwsza wbiegła z psem, a my zaraz po niej, zamykając za sobą drzwi. 
- I jak było? - Stefania zwróciła się do dziewczynki, zabierając od niej psa, aby Zosia mogła zdjąć kurtkę i przebrać buty. 
- Super, rodzice zabrali mnie na lody
Stefania spojrzała na nas znacząco. 
- Tak? To świetnie! W takim razie może narysujesz coś dla nich zanim pojadą, co? - zaproponowała
- Tak! - krzyknęła i zniknęła za drzwiami swojego pokoju.
- Iza? - Stefania podeszła do mnie
- Słucham?
- Chyba nie kazałaś Zosi mówić do siebie mamo? W ten sposób robisz jej złudne nadzieje
- Nie, oczywiście że nie. Zosia sama z siebie zaczęła nazywać nas rodzicami, mimo że Maciek nie jest moim partnerem tylko... - próbowałam znaleźć odpowiednie słowo - ...tylko przyjacielem.
- Doprawdy? Maciek został tatą? - uśmiechnęła się i spojrzała w jego stronę
- Tak...coraz bardziej przekonuję się, że moja decyzja o jej adopcji była słuszna.
- Skoro nazwała Maćka tatą, to musi być jakiś znak. Weź to pod uwagę. Zosia nie przywiązuje się do wszystkich.
- Tylko że ja mam partnera. Lecz jest to związek na odległość
- Może nie jest to ''TEN'' związek?
- Jesteśmy szczęśliwi...
- No dobrze, zrobisz tak jak podpowiada ci serce.
- Dokładnie. 
Stefania pokrzepiła mnie uśmiechem. W tym momencie Zosia podbiegła do Maćka, który siedział na ławce przy szatni, pokazała mu obrazek. Ten widok ujął mnie za serce. Przez chwilę wyobrażałam go sobie przy swoim boku, jednak szybko wymazałam ten obraz z wyobraźni. Teraz Zosia podbiegła do mnie, pokazując mi ten sam obrazek. Ujrzałam siebie z lewej strony, sylwetka tej postaci wskazywała że to ja, czarne włosy, szczupła figura, niewysoki wzrost, ubiór jaki miałam dziś na sobie. Koło mnie stała Zosia trzymając za rękę mnie i Maćka, który stał obok niej, w drugiej ręce trzymał smycz, która była zapięta na obroży Aksela. Ten widok poruszył mnie do łez. Dziewczynka naprawdę tak widziała swoją rodzinę. Nie chciałam widzieć jej smutnych oczu kiedy zorientuje się, że nie Maciek będzie ją ze mną wychowywał. Nie zaprzątałam sobie tym głowy. 
- Dziękuję Zosiu, ten obrazek jest naprawdę przepiękny.
- Zatrzymaj go, żebyś zawsze o mnie pamiętała. - patrzyła mi w oczy.
- Kochanie, nigdy o tobie nie zapomnę. - przytuliłam ją do siebie. - Pamiętasz naszą obietnicę?
Pokiwała twierdząco główką.
- Wiem, że po mnie wrócisz. Ile muszę jeszcze czekać? 
- Nie jestem w stanie ci teraz odpowiedzieć, lecz przyrzekam, że wkrótce to nastąpi.
- Obiecujesz?
- Obiecuję. 
- Musisz już jechać? - Zosia posmutniała
- Niestety tak, ale wrócę.
- Będziemy na was czekać z Akselem, on też was polubił. - wskazała na Labradora który leżał teraz przy ławce i przyglądał się nam, opierając łeb na przednich łapach.
- Bardzo mnie to cieszy. Do zobaczenia - pocałowałam ją w policzek i jeszcze raz mocno przytuliłam.
Ciężko mi było wypuścić tę kruszynkę z objęć. Bałam się, że stracę ją na zawsze. W końcu musi minąć sporo czasu, aż będę mogła starać się o adopcję. Zosia uwolniła się z moich ramion i wtuliła teraz do Maćka. Kiedy uznała, że już wystarczy podbiegła do Stefani. Podeszliśmy do niej.
- Dziękuję wam za wizytę - zwróciła się do nas
- To my dziękujemy, że mogliśmy spędzić z nią trochę czasu. Może nam pani zrobić zdjęcie? - zapytałam, podając kobiecie telefon. - Chciałabym mieć jakąś pamiątkę.
- Pewnie - Kobieta zabrała ode mnie telefon, a kiedy wszyscy ustawiliśmy się do zdjęcia zrobiła je nam. - Proszę - oddała mi telefon. - Do widzenia. Jedźcie ostrożnie.
- Wracamy dopiero jutro.
- W takim razie dobrej nocy.
- Wzajemnie. - podałam kobiecie rękę, a Maciek zrobił to samo. Ostatni raz spojrzałam na Zosię i Akselka i szybko wyszłam na zewnątrz, zanosząc się płaczem.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz