Siedziałam na krześle bawiąc się jedzeniem. Nie mogłam nic przełknąć. Wiedziałam, że to już koniec. Matka naskoczy na mnie z wyrzutami, a ja nie będę mogła się obronić.
- Van, skarbie. - dotknął mojej dłoni, wyrywając mnie z zamysłu. - Wszystko będzie dobrze.
- Nie znasz mojej matki. Ona tylko czeka na moje potknięcie, aby mogła triumfować, jaka to ze mnie niezdara życiowa.
- Musisz jej to jakoś wytłumaczyć.
- Myślisz, że tego nie wiem? - byłam kompletnie rozbita.
Na całe szczęście Levi nie pozwolił mi na zamartwianie się tym i kiedy tylko mój humor wracał do ponownego smutku, on szybko zmieniał sytuację.
W końcu musiałam stanąć twarzą w twarz z matką. Kiedy chłopak podwiózł mnie do domu, nie żegnając się z nim ruszyłam pod klatkę, gdzie czekała moja rodzicielka.
- No nareszcie. - powiedziała z przekąsem.
Nie komentując tego, otworzyłam drzwi od mieszkania i pozwoliłam wejść jej do środka.
- A co to za kwiaty? - zapytała, kiedy tylko wkroczyła do kuchni. - To od niego? Masz z nim romans?
- Co? Nie! - szybko zaprzeczyłam, bojąc się że cała sprawa wyjdzie na jaw. - To od Vanca.
- Ah tak. - jej ton głosu zelżał. - Nadal uważam, że nie powinnaś zajmować się wszystkim w towarzystwie tego chłopaka.
- Dlaczego? Levi wiele mi pomaga. Vance siedzi całymi dniami w pracy, nie weźmie nawet jednego dnia wolnego, żeby pomóc mi.
- Przecież organizacja wesela nie jest aż tak wymagająca. To tylko załatwianie formalności.
- Tak, ale uważam, że Vance jako przyszły mąż powinien zainteresować się tym. W końcu to też jego wesele.
- Kochanie, mężczyźni już tacy są. Ich zadaniem jest należyte utrzymanie rodziny. A naszym załatwianie pozostałych spraw, takich jak przygotowanie wesela.
- Mamo, a co jeśli on również w życiu codziennym będzie się tak interesował naszym wspólnym życiem? A co jeśli pojawią się dzieci?
- Jesteś dorosłą kobietą, dasz sobie radę. Ja też miałam tyle lat co Ty i już zajmowałam się wychowywaniem ciebie. Z resztą, wychowałam Cię na porządną, samowystarczalną kobietę. Nie jest Ci potrzebny mężczyzna do wychowywania dzieci.
Postanowiłam nie ciągnąć tej rozmowy. Nie miało to najmniejszego sensu. Moja matka była tak wyidealizowaną osobą, że nie zwracała uwagi na takie uczucia jak miłość. Czasami nawet miałam wrażenie, że nie żywiła takim uczuciem ani mnie, ani ojca. Uważała nas tylko za obowiązek posiadania, każdej porządnej kobiety. Tylko, że żaden człowiek nie jest rzeczą. Ludzie potrzebują uczuć, a zwłaszcza takich uczuć, których ja nie zaznałam. Jak więc mam je przelać na swoją przyszłą rodzinę?
Czy, aby obecna, perfekcyjna rodzina będzie odpowiednia?
Z dnia na dzień czułam, że chcę stąd uciec.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz