Dopiero po kilku dniach postanowiłam spotkać się z Levim. Zasługiwał na szczerość, jednak ja bałam się spotkania z nim. Codziennie wydzwaniał i wysyłał sms-y. Martwił się o mnie. Znałam go na tyle, by wiedzieć, że jeśli się nie odezwę, prędzej czy później zjawi się u mych drzwi.
Korzystając z okazji, że Vance po dwóch dniach pobytu w domu, postanowił zjawić się w pracy i nadrobić stracone godziny, wyjęłam telefon i wybrałam numer chłopaka. Już miałam wcisnąć zieloną słuchawkę, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi.
Zrezygnowana, przeklinałam brak judasza w drzwiach. Skąd mogłam wiedzieć kto ma chęć mnie zaszczycić swoją obecnością?
Leniwie otworzyłam drzwi, a widząc go w progu moje oczy zaszkliły się.
- Dlaczego nie odbierasz telefonów? Dlaczego nie dajesz znaku życia? Martwiłem się! -naskoczył na mnie wchodząc do środka. - Powiedz coś... - mówił już spokojnie, dotykając mnie za ramiona.
- Levi to już jest koniec. - mówiłam łamiącym się głosem.
- Jak to koniec? Z czym? - był skołowany, lecz po kilku chwilach zdał sobie sprawę z tego do czego zmierza ta rozmowa. - Dlaczego od niego nie odejdziesz?
- Ma raka. Może z tego wyjść, ale tylko wtedy gdy otrzyma wsparcie. Wiesz dobrze, że tym wsparciem jestem ja.
- Nie możesz. - uderzył pięścią w ścianę.
- Levi, przykro mi. - pozwoliłam łzom płynąć swobodnie.
- Nie możesz zostać z nim tylko dlatego, że czujesz taki obowiązek. Co z nami? Co z naszą przyszłością? - brunet kipiał złością, lecz rozumiałam go. Dałam mu złudną nadzieję, a teraz ją odbieram.
- Muszę. On poświęcił mi większą część swojego życia. Muszę mu pomóc.
- Nie możesz mnie zostawić. - zrezygnowany podszedł w moją stronę.
- Wiesz dobrze ile dla mnie znaczysz, dlatego musimy to zakończyć. Nie chcę, żebyś wiecznie był tym drugim, jeśli nie możesz być jedynym.
Nic więcej nie powiedział, jedynie przytulił mnie do siebie i w ciszy napawał się ostatnimi chwilami, w których trzymał mnie w ramionach.
Tak będzie mi brakować jego czułości. Nigdy nie spotkałam tak wrażliwego mężczyzny, który wprowadził tyle zmian w moim życiu.
Odsunął mnie na nikłą odległość i zaczął zdejmować bluzę.
- Weź ją. Będziesz miała część mnie zawsze, kiedy będziesz tego potrzebowała. - wcisnął mi ją do rąk. - Pamiętaj co Ci tłumaczyłem. - ostatni raz ujął w dłonie moją twarz i złożył na ustach pocałunek.
Nie był natarczywy, tym razem przelał całą gorycz, jaką przyniosła moja wiadomość.
Spojrzał w moje szare oczy i uśmiechając się smutno opuścił moje mieszkanie.
Z chwilą trzaśnięcia drzwi, moje serce rozpadło się na milion kawałeczków. Usiadłam na zimnej podłodze korytarza i wtulając się w pozostawioną przez niego bluzę, zaniosłam się głośnym płaczem. Nie dane mi było założyć szczęśliwej rodziny. Jedyna moja szansa na szczęście, zatonęła z chwilą, kiedy Vance powiedział o chorobie. Moje serce rwało się do Leviego, jednak rozum rozkazywał zostać i wspierać przyszłego męża.
Teraz cierpię, ale prędzej czy później poskładam to złamane serce, wiem to. Lecz nigdy nie będzie ono piękne jak do tej pory.
Moja miłość i nadzieja na przyszłość odeszła bezpowrotnie. Nie miałam co do tego, żadnych wątpliwości.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz