26.11.2016

NOWE ŻYCIE 49

~ MANUELA ~


Od śmierci Nikki minął tydzień. Nadal nie mogłam w to uwierzyć. Czułam jak by to było wczoraj. Wracałam z cmentarza. Zaczęło padać. Udałam się na najbliższy przystanek, i czekałam na autobus. W moich oczach momentalnie pojawiły się łzy. Usiadłam wygodnie przy oknie i zamknęłam oczy. Po chwili wyjęłam telefon komórkowy i weszłam w galerię zdjęć. Miałam ich pełno z Nikki. Wpadłam w histerię. Waliłam w okno autobusu. Ogarnęła mnie starsza pani, która przysiadła się do mnie kilka minut wcześniej.
 - Proszę się uspokoić, nie jedzie tu pani sama
 - Dobrze, przepraszam - otarłam łzy i wzięłam głęboki oddech. Wysiadłam cztery przystanki wcześniej. Autobus coraz bardziej się zapełniał, a ja nie chciałam, aby ludzie widzieli mnie w takim stanie. I tak już patrzyli na mnie, jak na wariatkę która uciekła z zakładu psychiatrycznego. Usiadłam na pobliskiej ławce, próbując się uspokoić, nie było to łatwe. Jednak deszcz zaczął lać coraz mocniej, nie miałam wyboru, musiałam biec. Biegłam co sił w nogach. Opadłam bezwładnie na trawę i czułam jak z natłoku wrażeń i uczuć, tracę nad sobą kontrolę. Musiałam znaleźć w sobie siłę. Wstałam i zaczęłam biec. Biec przed siebie, chociaż zupełnie nie wiedziałam dokąd. Udałam się do najbliższej apteki po tabletki uspakajające, nie pamiętałam ile wzięłam, ale wiem, że bardzo mi pomogły. Kiedy tylko weszłam do domu i zobaczyłam Nikodema od razu rzuciłam mu się w ramiona i zaczęłam płakać. Nie wiedziałam co robić. Przytulił mnie tylko do siebie, i nie mówiąc nic zaniósł do łóżka.
- Nie wierzę, że Nikki nie żyje - odrzekłam, kiedy otulał mnie kocem
- Nikt nie wierzy - przytulał mnie
- Nikodem, dlaczego Ona?
 - Nie wiem, nie mam pojęcia. To nie twoja wina.
To nie była niczyja wina. To był po prostu cholerny los, który kierował naszym życiem.



*** 


Następnego dnia, kiedy wstałam zobaczyłam jak Nikodem bawił się na podłodze z chłopakami. Przetarłam oczy i usiadłam na łóżku.
- Alanku, spójrz, mamusia wstała - wskazał na mnie, po czym pomógł małemu wstać. Uśmiechnął się na mój widok i przyraczkował, jednak nie cieszyło mnie to, nie potrafiłam się już z niczego cieszyć. Mój mąż podszedł zaraz za nim i spojrzał na mnie.
 - Kochanie, co z tobą, nie możesz być wiecznie smutna, masz dwójkę dzieci, które cię kochają, i męża, który nie może bez ciebie żyć. Potrzebujemy cię!
 - To wszystko jest takie ciężkie - westchnęłam - Wiem kochanie, mi też wcale nie jest łatwo, ale daję radę, musisz się liczyć z tym, że nic nie jest proste
- Tak wiem, ale od kiedy nie ma Nikki, wszystko straciło sens, dosłownie.
 - Musisz żyć dalej, zrób to dla nas.
- Masz rację, mój smutek nie przywróci jej życia. - odpowiedziałam i wtuliłam się w jego silne ramiona, które dawały mi poczucie bezpieczeństwa. Czułam się w nich cholernie dobrze. Byłam mu wdzięczna za to, że trwał  przy mnie kiedy najbardziej go potrzebowałam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz