26.11.2016

NOWE ŻYCIE 50

~ MANUELA ~

Dwa dni później siedziałam w koszulce Nikodema i patrzyłam jak przygotowuje obiad. Jednak ja nic nie zjadłam, nie byłam w stanie nic przełknąć. Prochy sprawiały, że nie czułam głodu. A po za tym, mój żołądek się skurczył. Nie pamiętam kiedy ostatni raz jadłam coś ciepłego.
- Kochanie - zawołałam do swojego męża - Musimy się przeprowadzić, jak najdalej stąd. - Nikodem spojrzał na mnie zdumiony, karmiąc w tym czasie Alana zblendowaną zupą jarzynową.
- Ale dokąd?
- Gdziekolwiek - odpowiedziałam wzruszając ramionami. - Ważne, że nic nie będzie wstanie przypomnieć o wydarzeniach z ostatnich dni...
- Nie martw się kochanie, na pewno coś znajdziemy - uśmiechnął się do mnie, ale wiedziałam, że jest poważnie zmartwiony.
- Damy sobie radę? - zapytałam
- Pamiętaj, że jestem z tobą... a o przeprowadzce pomyślimy jutro.
Byłam już spokojniejsza.


***

Nikodem zgodził się na moją propozycję. Spakowaliśmy walizki, ale przeprowadzka miała nadejść dopiero za tydzień. Musiałam pozałatwiać wszystkie sprawy. Zaczęłam od przedszkola Antosia. Nikt nie miał nic przeciwko, załatwiłam wszystkie formalności. Pani Dyrektor nawet się ucieszyła, bo dzięki temu zwolniło się miejsce dla jakiegoś innego małego ucznia. Najtrudniej było mi iść do IMAGINARY. Weszłam, i zobaczyłam za ladą szefa. Dobrze, że wrócił, miałam ułatwione zadanie. Mogłam załatwić to bezpośrednio, nie tłumacząc niczego, każdemu z osobna. Nie chciałam rozdrapywać jeszcze świeżych dla mnie ran.
- Witaj Manuelo! Po tak długiej nie obecności dobrze znów cię widzieć - powitał mnie radośnie, ja jednak nie podzielałam jego entuzjazmu. - Jak tam zdrówko? - uśmiech nie schodził mu z twarzy.
- Wystawione na próbę, ale daję radę, a u pana?
- Wszystko dobrze, właśnie nam ciebie zaczynało brakować
- Cóż, ja właśnie w sprawie pracy
- O co chodzi? - jego uśmiech zastąpiło teraz zdumienie
- Chcę złożyć wymówienie
- A to dlaczego? Źle ci tu było z nami? - posmutniał
- Nie... - pokręciłam przecząco głową - Chcę po prostu zacząć wszystko od nowa. Zza zaplecza wyłonili się Brandon i Matthew.
- Oj... No dobrze, skoro musisz, to proszę. Ale może zastanów się jeszcze. Odetchnęłam z ulgą. Myślałam, że gorzej to przyjmie. Zostawiłam papiery na ladzie i już miałam wychodzić kiedy mnie zatrzymał
- Dobrze, że została nam jeszcze Nikki. Mam nadzieję, że znów wprowadzi się do Detroit.
- No właśnie! - Matthew dał kuksańca Brandonowi
- Raczej jej też już tu nie będzie
- No co jest z wami dziewczyny!? - oburzył się - Nie poznaję was, przecież od zawsze kochałyście tą pracę - zmierzył mnie wzrokiem. Wytrzymałam jego spojrzenie i nabrałam powietrza do płuc.
- Chciałabym również złożyć wypowiedzenie za nią - odpowiedziałam bardzo ostrożnie, by się nie rozpłakać.
- A co się stało, że nie zjawiła się osobiście? Zachorowała? Czy może ciężko jej było pojawić się po tym jak zniknęła bez słowa, i wyprowadziła się do Santosu?
- Nie... nic z tych rzeczy. Nikki... - zawiesiłam głos
- Co z nią? - zapytał przestraszony Brandon
- Nie żyje - wydusiłam to z siebie, mówiąc jednym tchem, czułam, że po policzkach już spływają mi łzy. Widziałam wyraz ich twarzy. To jeszcze bardziej mnie dołowało.
- Przepraszam, muszę już iść - zawołałam i wybiegłam z baru. Słyszałam jak za mną krzyczeli, żądając ode mnie wyjaśnień. Nie byłam w stanie niczego im wytłumaczyć. Pobiegłam prosto do domu.



***


Dopakowywaliśmy ostatnie rzeczy. Jednym słowem dopinaliśmy wszystko na ostatni guzik. Ostatni raz upewniałam się, czy wzięłam już wszystko. Po trzech godzinach wylądowaliśmy w Irlandii. Jednak zaraz przypomniały mi się wydarzenia ostatnich dni. Z całych sił powstrzymywałam się by nie płakać. Kupiliśmy dom, sto pięćdziesiąt metrów od plaży, był wspaniały.
- Kochanie, mam ochotę zrobić coś szalonego - powiedziałam do Nikodema, który już prawie zasypiał.
- Co takiego? - zapytał zdumiony i wsparł się na łokciu
- Wyjść na ulicę, i krzyczeć, że ten świat jest piękny!
- Cieszę się, że zmieniłaś nastawienie do tego świata - uśmiechnął się
- Dzięki wam - pocałowałam go
- Rozumiem, ale chyba nie masz odwagi zrobić tego na trzeźwo?
- Jak to nie mam? - posłałam mu zachęcający uśmiech
- OK, to chodźmy! - Pocałował mnie namiętnie w usta i złapał mnie za rękę, i szliśmy wzdłuż oceanu. Stanął na środku plaży i zaczął całować mnie bardzo namiętnie. Nie obchodziło mnie nic, oprócz tego, że mam go przy sobie. Kiedy skończyliśmy, zaczęłam biec przed siebie, a on zaczął mnie gonić, aż w końcu złapał i zaczął kręcić w kółko. Czułam się jak mała dziewczynka.
- UWIELBIAM TEN ŚWIAT! - zaczęłam krzyczeć. Ściągnął ze mnie wszystkie ubrania, ja uczyniłam to samo z jego. Kiedy byliśmy nadzy, delikatnie położył mnie piasku. Kochaliśmy się długo, spokojnie, namiętnie. Czułam go jeszcze silniej, niż wcześniej. Ten stosunek był inny niż wszystkie. Był z dojrzałej miłości. Wiedziałam, że znalazłam tego jedynego. Nie chciałam go stracić. Nigdy. Po wszystkim zarzuciliśmy niedbale ubrania na siebie. Wrzucił mnie do oceanu. Woda była zimna. Bardzo. Nurkowaliśmy i rzucaliśmy się do wody. Wziął mnie na ręce zanurzył w wodzie i namiętnie pocałował.
- Kocham cię - szepnęłam mu do ucha, kiedy siedzieliśmy już na balkonie, pijąc wino. Noc otulała nas przyjemnym wiatrem, a gwiazdy dawały dużo światła.
- A ja ciebie - odrzekł, po czym obdarowywał mnie pocałunkami, wkładając w każdy uczucie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz