Wśród odgłosów dźwięku marszu weselnego, wzruszenia zebranych gości moją idealną kreacją, siedzącą matką w pierwszym rzędzie, szłam prowadzona przez mojego ojca w kierunku mojego przyszłego męża.
Przymknęłam oczy i w miejscu stojącego chłopaka ujrzałam Leviego. W idealnie dopasowanym garniturze, stał tam i wpatrywał się we mnie wraz ze swoim uśmieszkiem. Czułam jak w jego kierunku posyłam mu promienny uśmiech. Moje serce rwało się do niego.
- Dbaj o nią Vance. - powiedział przywołując mnie do rzeczywistości.
Na te słowa mój uśmiech znikł, a ja wpadłam w melancholię.
Cała ceremonia mnie nie obchodziła. Wiedziałam co mam mówić, więc potok słów płynął ze mnie nie wzruszenie. Przy słowach przysięgi wypowiedzianych przez Vanca, nie czułam prawdy. Czułam rozpacz. Unikałam jego spojrzeń, wodząc po wszystkich miejscach znajdujących się w jego pobliżu. Kiedy nadeszła kolej na moją przysięgę, nadal nie zaszczyciłam chłopaka wzrokiem. Poczułam paraliż, kiedy w pierwszym rzędzie usiadł Levi. Spoglądał na mnie błagalnym wzrokiem, jakby prosił bym tego nie robiła, jednak ja nie mogłam. Mówiąc ostatnie słowa wiążące nasze małżeństwo z moich oczu spłynęły łzy.
- Kochanie, nie płacz. Jesteś taka wrażliwa. - objął mnie.
To nie było wzruszenie. To była rozpacz za ukochanym, który zamiast stać wraz ze mną na ślubnym kobiercu, wpatrywał się we mnie z pierwszego rzędu...
***
Dni po weselu mijały ponuro. Postanowiłam wszystkie żale przelać w sklep. Zajęłam się zakupem nowych mebli, powiększeniem lokalu i wyremontowaniem zaplecza. Postanowiłam również urządzić małe pokazy mody. Miało to mieć na celu powiększenie sprzedaży. W każdym miesiącu w moim lokalu o godzinie 19:00, zbierali się modele i goście, którzy z chęcią oglądali nowe kompozycje ubraniowe oraz trendy. Od tej pory sprzedaż diametralnie wzrosła.
Dzisiaj nadszedł czas na wyjazd poślubny. Stałam z torbą przed drzwiami domku i czekałam na mojego męża, który posiadał klucze.
Spojrzałam na bilet widniejący na bagażu. Teneryfa. To nasz tydzień poślubny podarowany przez naszych wspólnych rodziców.
- Spokojnie, już otwieram. - mężczyzna wcisnął się przede mnie, by uchylić drzwi i wpuścić mnie do naszego małego tygodniowego świata.
Domek był piękny. Pastelowe kolory, kominek, kuchnia i dwie łazienki. Od razu widać było, że nie był on tani. W końcu naszych rodziców było na to stać. Niestety nie był on dwu piętrowy. Wszystkie pomieszczenia znajdowały się na parterze.
- To nasz pokój. - wskazał mój mąż, stawiając nasze walizki przy łóżku.
- W takim razie rozpakuję nas.
- Dobrze, a ja pójdę rozejrzeć się po podwórku.
Bez entuzjazmu położyłam na szafeczce jedną z walizek i zaczęłam wykładać ubrania, uporządkowując je w szafce. Nie starałam się spieszyć z tym. W końcu nic ciekawszego nie planowałam.
Po godzinie wszystko było ułożone, a walizki pochowane.
- Gotowa? - zapytał pełen entuzjazmu.
- Na co?
- Na wypad na plaże.
16 stycznia. Dzień, który stanie się najgorszym dniem w moim życiu. Jak na wyczucie moich emocji, pogoda również nie dopisywała.
Stałam pod oknem w szlafroku i wpatrywałam się w padający za oknem deszcz. Londyn jest ponurym miastem, jednak dzisiaj przechodziło to jego dotychczasowe dnie.
Minął miesiąc, a pustka zostawiona po Levim nie minęła. Nadal pragnęłam, aby to wszystko było jednym wielkim snem. Tak niestety nie było.
Nadszedł czas na uporządkowanie siebie. Biała sukienka wisiała na wieszaku, już za parę chwil miałam w niej przejść przez czerwony dywan, aż do ołtarza.
Jak najwolniej założyłam na siebie sukienkę i zapięłam suwak. Tak jakbym chciała odwlec jak najdalej to co miało niebawem nadejść. Na nogi włożyłam beżowe szpilki. Otworzyłam szafkę z zamiarem wyjęcia biżuterii, kiedy natknęłam się na bluzę Leviego. Klęknęłam na kolana i przysunęłam czarną bluzę do ust. Zaciągnęłam się zapachem jego perfum, wpuszczając aromat w nozdrza.
Zamknęłam oczy i wyobrażałam sobie, jakby to było gdyby teraz był obok. Jego ciepłe wargi, piękny szereg białych zębów. Ramiona, które dzielnie mnie obejmowały.
Do świata żywych sprowadziło mnie pukanie w drzwi.
- Tak? - zapytałam panicznie wpychając bluzę na swoje miejsce i wyjmując pudełko z łańcuszkiem i kolczykami.
- Fryzjer i kosmetyczka przybyli. - usłyszałam głos matki.
- Niech wejdą!
Już po chwili siedziałam na krześle i wyczekiwałam efektu końcowego makijażu i fryzury. Nadal bez żadnego uśmiechu rozmyślałam nad swoim życiem.
- Jest Pani zestresowana. - zauważyła makijażystka. - To naturalne. W końcu taki dzień w życiu kobiety jest tylko raz. Pamiętam jak to ja szłam do ołtarza. Biała suknia, welon. -zatopiła się we wspomnieniach. - Ale to nie to było najważniejsze. Uroda, sukienka dodatki, to są tylko rzeczy spoza marginesu. Najważniejsze jest to, że tam, tuż obok księdza stoi wymarzony mężczyzna, z którym chcesz spędzić resztę życia, a ten sakrament ma was połączyć w nierozerwalną dla miłości nić.
Doskonale wiedziałam o czym mówiła, ale różnica polegała na tym, że ten mężczyzna nie był tym, którego pragnęłam.
Siłą powstrzymałam łzy, które gromadziły się w moich oczach, kiedy wynajęci ludzie szykowali mnie do dzisiejszego dnia.
Stanęłam w drzwiach i biorąc bukiet żółtych tulipanów ruszyłam w kierunku wyjścia, gdzie czekał już samochód.
Usiadłam na tyle i poprawiłam materiał białej sukni. Już za chwilę moje życie zmieni się diametralnie. Nikt nie może mnie uratować. Muszę włożyć na swoją twarz uśmiech i przyzwyczaić się do takiej monotonii. Sama wybrałam sobie takie życie.
Aby się nie rozpłakać i odgonić z mojej głowy myśli z każdej nocy spędzonej z Levim, zaczęłam odliczać w myślach liczby.
- Jesteśmy na miejscu. - poinformował mnie kierowca samochodu.
- Dziękuję. - wymusiłam uśmiech i stanęłam przed drzwiami kościoła, gdzie czekał mój ojciec.
- Gotowa moje dziecko? - spoglądał na mnie z uśmiechem i dumą.
- Tak. - moje usta wypowiedziały te trzy litery, mimo iż serce krzyczało nie.
Niestety nasze życie opiera się na trudnych wyborach.
Dopiero po kilku dniach postanowiłam spotkać się z Levim. Zasługiwał na szczerość, jednak ja bałam się spotkania z nim. Codziennie wydzwaniał i wysyłał sms-y. Martwił się o mnie. Znałam go na tyle, by wiedzieć, że jeśli się nie odezwę, prędzej czy później zjawi się u mych drzwi.
Korzystając z okazji, że Vance po dwóch dniach pobytu w domu, postanowił zjawić się w pracy i nadrobić stracone godziny, wyjęłam telefon i wybrałam numer chłopaka. Już miałam wcisnąć zieloną słuchawkę, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi.
Zrezygnowana, przeklinałam brak judasza w drzwiach. Skąd mogłam wiedzieć kto ma chęć mnie zaszczycić swoją obecnością?
Leniwie otworzyłam drzwi, a widząc go w progu moje oczy zaszkliły się.
- Dlaczego nie odbierasz telefonów? Dlaczego nie dajesz znaku życia? Martwiłem się! -naskoczył na mnie wchodząc do środka. - Powiedz coś... - mówił już spokojnie, dotykając mnie za ramiona.
- Levi to już jest koniec. - mówiłam łamiącym się głosem.
- Jak to koniec? Z czym? - był skołowany, lecz po kilku chwilach zdał sobie sprawę z tego do czego zmierza ta rozmowa. - Dlaczego od niego nie odejdziesz?
- Ma raka. Może z tego wyjść, ale tylko wtedy gdy otrzyma wsparcie. Wiesz dobrze, że tym wsparciem jestem ja.
- Nie możesz. - uderzył pięścią w ścianę.
- Levi, przykro mi. - pozwoliłam łzom płynąć swobodnie.
- Nie możesz zostać z nim tylko dlatego, że czujesz taki obowiązek. Co z nami? Co z naszą przyszłością? - brunet kipiał złością, lecz rozumiałam go. Dałam mu złudną nadzieję, a teraz ją odbieram.
- Muszę. On poświęcił mi większą część swojego życia. Muszę mu pomóc.
- Nie możesz mnie zostawić. - zrezygnowany podszedł w moją stronę.
- Wiesz dobrze ile dla mnie znaczysz, dlatego musimy to zakończyć. Nie chcę, żebyś wiecznie był tym drugim, jeśli nie możesz być jedynym.
Nic więcej nie powiedział, jedynie przytulił mnie do siebie i w ciszy napawał się ostatnimi chwilami, w których trzymał mnie w ramionach.
Tak będzie mi brakować jego czułości. Nigdy nie spotkałam tak wrażliwego mężczyzny, który wprowadził tyle zmian w moim życiu.
Odsunął mnie na nikłą odległość i zaczął zdejmować bluzę.
- Weź ją. Będziesz miała część mnie zawsze, kiedy będziesz tego potrzebowała. - wcisnął mi ją do rąk. - Pamiętaj co Ci tłumaczyłem. - ostatni raz ujął w dłonie moją twarz i złożył na ustach pocałunek.
Nie był natarczywy, tym razem przelał całą gorycz, jaką przyniosła moja wiadomość.
Spojrzał w moje szare oczy i uśmiechając się smutno opuścił moje mieszkanie.
Z chwilą trzaśnięcia drzwi, moje serce rozpadło się na milion kawałeczków. Usiadłam na zimnej podłodze korytarza i wtulając się w pozostawioną przez niego bluzę, zaniosłam się głośnym płaczem. Nie dane mi było założyć szczęśliwej rodziny. Jedyna moja szansa na szczęście, zatonęła z chwilą, kiedy Vance powiedział o chorobie. Moje serce rwało się do Leviego, jednak rozum rozkazywał zostać i wspierać przyszłego męża.
Teraz cierpię, ale prędzej czy później poskładam to złamane serce, wiem to. Lecz nigdy nie będzie ono piękne jak do tej pory.
Moja miłość i nadzieja na przyszłość odeszła bezpowrotnie. Nie miałam co do tego, żadnych wątpliwości.
Po powrocie do domu oczekiwałam powrotu Vanca. Miałam już dokładnie zaplanowane to, w jaki sposób zerwę zaręczyny. Kiedy usłyszałam otwieranie drzwi, rytmicznie wstałam na równe nogi.
- Vance? - zapytałam, aby upewnić się czy to on.
Moje przeczucia potwierdziły się. W korytarzu ujrzałam stojącego do mnie plecami chłopaka.
- Musimy porozmawiać. - nie zamierzałam czekać.
- Tak, też tak sądzę. - odwrócił się w moją stronę.
Dopiero teraz zauważyłam, że płakał.
- Co się stało? - byłam zaskoczona, przecież on nigdy nie płakał.
- Usiądź. - poprosił co uczyniłam.
- Vance, proszę powiedz mi co się dzieje. - błagałam o to, by nie było to nic groźnego.
- Byłem u lekarza. Ostatnio te dni, w które wcześniej wracałem, to były wizyty u lekarza.
- Czemu nic nie powiedziałeś?
- Nie chciałem nic mówić, dopóki nie będę tego pewny. - z jego oczu nadal leciały łzy.
Czułam jak moje serce płacze z nim. Mimo, że nie chciałam być przy nim do końca życia, poświęcił mi wiele lat ze swojego życia. Czułam przywiązanie.
- Ale już jesteś pewny? - zapytałam bojąc się o odpowiedź.
- Tak Vanesso. Mam raka.
Ta wiadomość była dla mnie jak grom z jasnego nieba. Czułam, że cały grunt opada mi spod stóp. To kara. Kara za zdradę, którą prowadziłam.
- Vance... - nie wiedziałam co powiedzieć, dlatego zwyczajnie w świecie przytuliłam się.
- Cieszę się, że Cię mam. Tylko Ty możesz o tym wiedzieć. - schował się w miejscu między moją szyją, a ramieniem i zwyczajnie w świecie szlochał.
Miał rację, nie mogłam go zostawić. Nie w takim stanie. Przecież w tym momencie potrzebuje największego wsparcia, którego mogę udzielić mu tylko ja.
- Wszystko będzie dobrze. - głaskałam go po głowie.
- Jutro mam wizytę u lekarza, który będzie zajmował się moim stanem zdrowia.
- A widziałeś się już z nim?
- Tak, miałem kilka wizyt.
- I? - byłam ciekawa.
- Jest szansa na to, że z tego wyjdę. Tylko muszę zacząć się leczyć. - w jego oczach widziałam iskierkę nadziei.
- Dasz radę. - dodałam mu wsparcia.
- Tak z Tobą dam. - objął mnie.
W tej chwili musiałam przełożyć swoje szczęście nad jego dobro.
Tuż nad ranem obudził nas dźwięk telefonu. Wystraszony chłopak gwałtownie podniósł się na rękach, a widząc że to tylko telefon, ponownie opadł.
- Przepraszam. - wydukałam i próbowałam się wyswobodzić spod niego.
- Nie idź. - poprosił.
- Muszę odebrać. - kierowałam się w stronę torebki z której dzwonił telefon.
- O Boże. - złapałam się za głowę.
- Kto to? - zapytał zmartwiony brunet.
- To Vance. Co mam mu powiedzieć? Nie chcę zrywać zaręczyn i odwoływać ślubu przez telefon.
- A co powiedziałaś mu wczoraj, gdy przyszłaś do mnie? Na pewno zorientował się, że nie ma Cię w domu.
- Nic, po prostu wyszłam zanim wrócił z pracy. - wyłączyłam telefon i wrzuciłam go do torebki. - Nie będę odbierać.
- W takim razie chodź do mnie. - rozłożył ręce, w których znalazłam się po krótkiej chwili. -Mój kochany skarb. - ucałował mnie w czoło, głaszcząc jednocześnie po włosach.
- Nareszcie stworzymy wspólnie dom. My, dzieci. Zawsze marzyłam o tym, by uczyć swoją córkę dobrych manier, schludnego dobierania ubrań, robienia idealnego makijażu.
- To wszystko jeszcze przed nami. - splótł nasze palce.
- Tak, mamy przed sobą tyle życia. - ucałowałam jego zarośnięty policzek.
- Wspólnego, niezbyt perfekcyjnego życia. - dodał.
Koło godziny 12:00, oboje wstaliśmy z ciepłego łóżka i każde z nas zajęło się czymś innym. Levi, poszedł szykować obiad, a ja zajęłam się porządkowaniem jego rzeczy. Jeszcze nigdy nie widziałam tak wielkiego bałaganu, ale ten widok wprawiał mnie w przyjemny nastrój. Podobał mi się ten bałagan. Dlaczego? Przecież był on częścią mojego małego świata z Levim.
Po ogarnięciu wszystkiego, grzecznie udałam się do kuchni, gdzie pilnie przygotowywał spaghetti mój ukochany. Zajęłam miejsce na blacie, wpatrując się w jego skupienie.
Te rysy twarzy, nieład na głowie i kilkudniowy zarost powodowały, że kolana miękły mi pod wpływem jego widoku.
- Czemu mi się tak przyglądasz? - zapytał z uśmiechem na ustach.
- Zwyczajnie Cię podziwiam.
- Nie ma czego. - wzruszył ramionami. - Nie jestem przecież typem idealnego mężczyzny.
- A właśnie że dla mnie nim jesteś. - przejechałam dłonią po jego zaroście.
Niby takie drobne gesty, a potrafią ocieplić serce.
Po wszystkim pragnęłam jedynie zatopić się w tych ciepłych ramionach, które od kilku miesięcy troskliwie o mnie dbały.
Stanęłam przed drzwiami ukochanego i zapukałam w nie. Na szczęście nie był na treningu. Otworzył mi w samych bokserkach. Chyba nie zamierzał już dzisiaj nigdzie wychodzić.
- Vanessa, co się stało? - był zdziwiony moim widokiem.
- Nie przeszkadzam? - zapytałam łamiącym się głosem.
- Oczywiście, że nie. Po prostu nie spodziewałem się tu Ciebie. Wejdź. - wpuścił mnie do środka.
Odłożył na bok paczkę popcornu i schował mnie w mocnym uścisku.
Zdjął ze mnie kurtkę i szalik, po czym sama zdjęłam buty i oboje ruszyliśmy do jego sypialni.
- Co się dzieje? - zmartwiony łapał moją twarz w obie ręce.
- Potrzebowałam być dzisiaj z Tobą. Rozmowa z matką wszystko mi uświadomiła.
- Ale co Ci powiedziała? - słuchał mnie uważnie.
- Mówiła mi o tym wszystkim co wpajała mi przez te 25 lat. Siedziałam naprzeciw niej i uświadomiłam sobie, że ona chce, abym była taka sama. - nic nie mówił tylko uważnie mnie słuchał. - Bez uczuć, perfekcyjna, samowystarczalna. Miałam być kobietą, która nie potrafi kochać i nie zna tego uczucia, a jedynie ma posiadać to wszystko z obowiązku. - przeniosłam swoje zaszklone oczy na jego piękną twarz, która wpatrywała się we mnie ze współczuciem. - Levi, ja tego nie chcę. Chcę kochać, być kochaną, czuć ciepło rodziny i tą otaczającą nas miłość. Chcę znać to uczucie, którego Ty mnie nauczyłeś. Nie chce być znowu idealna.
- Kochanie, nikt Cię nie zmusza. Zawsze możesz zrezygnować. To Ty masz decydować o tym jaka będziesz. Nie Vance, nie matka, nawet nie ja, lecz Ty. - trzymał moje dłonie w rękach, dodając mi tym otuchy.
-Nie chcę tego ślubu. Odwołam go. - te słowa wbiły go w osłupienie.
- Słucham? - nie dowierzał.
- Ślubu nie będzie. - byłam pewna tego co mówię.
- Jesteś tego pewna? - w dalszym ciągu jego oczy miały kształt pięciozłotówek.
- Chcę spędzić resztę życia z Tobą. W cieple tych uczuć. - dotknęłam delikatnie dłonią jego policzka.
Na te słowa, na jego usta wkradł się uśmiech. Pochylił się nade mną, opierając ręce po obu moich stronach o poduszki i zaczął muskać moje usta. Delikatnie pieścił nasze wargi, w między czasie pozbywając się moich ubrań. Kiedy zostałam już w samej bieliźnie, oparł mnie na poduszki i z uśmiechem jeździł palcem wzdłuż koronki stanika, by niespodziewanie wsunąć palec i muskać opuszkiem moje sutki. Na jego dotyk, bacznie stanęły i prosiły, aby zamknął je w swoich palcach. Z moich ust wydobył się cichy jęk, mimo to on nie przestawał. Sprawnie rozpiął zapięcie stanika i rzucił go niedbale na podłogę, zjeżdżając ręką wzdłuż brzucha i pocierając moją kobiecość przez koronkę czarnych majtek.
- Czuję przez ten materiał jak mokra jesteś. - wyszeptał tuż przy moim uchu, na co odchyliłam głowę w tył.
Nawet nie zwracałam uwagi na to, że przez cały ten czas miałam zamknięte oczy. Jednym palcem objął materiał moich majtek i nim się spostrzegłam zajęły one miejsce obok idealnie dobranego stanika.
- Wow. - wypowiedział, wsadzając we mnie dwa palce. - Chodź! - pociągnął mnie tak, że teraz siedziałam na nim okrakiem, ocierając się o jego twardą męskość. -Wskakuj malutka. - pogładził mnie dłonią po policzku.
Nie musiał dwa razy prosić. Już po chwili czułam jak ruchami wypełnia moje wnętrze do samego końca. Nie musiałam tłumić w sobie dźwięków. On również. Oboje wypełnialiśmy siebie, nawzajem łącząc nasze głosy.
- Patrz mi w oczy. - poprosił, kiedy pod wpływem emocji przymykałam je.
- Levi, nie mogę. - wypowiedziałam ledwo słyszalnym głosem.
Na moje słowa, chłopak obrócił nas w przeciwną pozycję i teraz to on penetrował mnie swoim ciałem.
Długo nie trwało, aż dołączył do mnie we wspólnym spełnieniu.
- Jesteś cudowna. - wypowiedział te słowa, wtulając się w moje piersi.
Spełniona i pełna euforii, wplatałam palce w trochę za długie włosy bruneta. Na pewno nie miał czasu na pójście do fryzjera, lecz niedługo będę musiała mu o tym przypomnieć.
Leżąc na moich piersiach, musiał przysypiać, bo jego oddech stawał się coraz to bardziej równy, aż w końcu stał się całkowicie płytki. Postanowiłam nie być mu dłużna i również oddać się senności.