29.11.2018

PERFECTION 46


 Wspólny wieczór mijał nam w przyjemnej atmosferze. Nim się obejrzałam wybiła godzina 21:00. Zrobiło się chłodno i ciemno. Odeszłam od towarzystwa z zamiarem wyciągnięcia z samochodu jakiegoś ciepłego ubrania, kiedy obok mnie pojawił się Levi.
- Zmarzłaś? - potarł moje ramiona, a następnie nachylił się do bagażnika i wyjął granatową bluzę. - Załóż ją.
Posłusznie włożyłam na siebie ubranie i rozłożyłam ręce.
- I jak?
- Idealnie. - objął mnie w pasie i ucałował czubek głowy.
- Ej! Co wy tam robicie? Wracajcie do nas! - usłyszeliśmy krzyki dobiegające od stolików, a nam nie pozostało nic innego jak wrócić do pozostałych.
 Byłam już w połowie drogi, kiedy poczułam uścisk na ręce. Przeniosłam wzrok na właściciela ściskanej dłoni, którym okazał się znany mi chłopak.
- Możemy porozmawiać? - spojrzałam w kierunku dobrze bawiącego się Leviego.
- No dobrze.
 Posłusznie szłam za wysokim mężczyzną, aż reszta rodziny całkowicie zniknęła mi z punktu widzenia.
- W co Ty grasz? - zapytał przystając.
- Nie rozumiem. - byłam zdezorientowana.
- Nie kłam. Przecież doskonale wiem, że jesteś mężatką. Sam wynajmowałem Ci salę.
- Tony, to wszystko jest skomplikowane. - westchnęłam.
- Levi, jest wrażliwym chłopakiem. Szybko przywiązuje się do ludzi.
- Wiem o tym. - spojrzałam na niego rozżalonym wzrokiem.
- Nie potrzeba mu teraz zmartwień i zawodów sercowych, kiedy rozkręca swoją karierę. Taki nic nie znaczący romans może wpłynąć na niego źle. Zniszczyć jego przyszłość. Pomyślałaś o tym? Czy może nadal myślisz tylko o sobie?
- To nie tak! Ja go naprawdę kocham. To nie jest nic nie znaczący romans. - wybuchłam nie martwiąc się o to, że ktoś nas usłyszy.
- A jak inaczej to nazwać? Masz męża! Czy to nie oznacza, że Levi jest Twoim kochankiem?
- Nie, już nie. - mój głos ponownie brzmiał spokojnie. - Rozwodzę się.
- W takim razie na co było to wszystko? - nie dowierzał mi.
- Wszystko okazało się być nie takim jak powinno. Ale to nie ważne. Możesz być spokojny. Levi nie ucierpi. - wypowiedziałam te ostatnie słowa i nie czekając na niego wróciłam do zebranych gości.
 - Gdzie byłaś? - brunet zmaterializował się obok mnie, obejmując ramieniem.
- Tony pokazywał mi okolicę. Tu jest naprawdę pięknie. - pierwszy raz poczułam ukłucie w sercu.
 Musiałam go skłamać. Jak mogłam powiedzieć mu o tym, że jego brat panicznie boi się o jego uczucia?
 Wszyscy zebrani przenieśli się do rozpalonego ogniska, gdzie Elec wraz ze swoją córeczką nabijali na patyk kiełbaskę i smażyli ją w ogniu. Tuż do nich dołączyła piękna blondynka i najstarszy brat. Cała rodzina dogadywała się, czuli ciepło rodzinne, znali je i przelewali na swoje nowe rodziny. Ja nie czułam tego. Nikt nie nauczył mnie miłości i rodzinnego spędzania czasu. Kiedyś gdy byłam małym dzieckiem rodzice spędzali ze mną czas. Wspólne wakacje i obiady. Jednak z biegiem lat wszystko minęło.
- Van, chodź do mnie! - zawołała mała, rudowłosa istota.
 Posłusznie kucnęłam przy niej, a ona podała mi kijek z nabitą kiełbaską. Pierwszy raz poczułam się częścią rodziny.

27.11.2018

PERFECTION 45


 Przygotowania zajęły nam trochę czasu, na szczęście nie musieliśmy szykować jedzenia, które wcześniej przyrządziła matka Leviego. Wyręczyła nas tym, bo zapewne nie uwinęłybyśmy się do godziny 18:00.
 Odszukałam wzrokiem chłopaka, który kończył rozbijać namiot. Nie wzbudzając podejrzeń podeszłam do niego i zawiesiłam na plecach.
- Wzięło Cię na czułości? - zaśmiał się odwracając twarz w moją stronę.
- Może troszkę. - odwzajemniłam uśmiech, jednocześnie przybliżając swoje usta do jego.
- Ta ciąża chyba Ci służy. - szybkim ruchem skradł mi całusa.
- Skończyłeś już? - zajęłam miejsce koło niego.
- Tak, nasze małe gniazdko na dziś uwite. Sprawdź. - wskazał ręką, abym weszła.
 Posłusznie wykonałam polecenie i wcisnęłam się do wnętrza namiotu. Nie zbyt ciepło, brak miękkiego materaca, mało miejsca, ale mimo to czułam się tu przyjemnie.
- I jak? - brunet znalazł się obok mnie.
- Nie jest jak w domu, ale źle też nie jest. - przyznałam siadając na znajdującą się tu pościel.
- Nigdy nie byłaś na biwaku, prawda? - kiwnęłam twierdząco głową.
- Rodzice nie uznawali takich rzeczy. Mówili, że nie zamierzają tracić czasu na takie bezsensowne przesiadywanie i marznięcie. Kiedy w szkole organizowali różne wyjazdy, czy zielone noce, nie jeździłam na nie. Mówili, że to nie jest odpowiedni sposób na podróżowanie. Na nie trzeba zarobić i wybrać się samemu z rodziną, na które oczywiście we trójkę jeździliśmy. Do czasu.
- Ze mną spróbujesz wszystkiego. - muskał dłonią mój policzek.
- Skąd wiedziałeś, że nie byłam nigdy na biwaku?
- Bo wlazłaś tutaj w butach. - zażartował na co oboje wybuchnęliśmy śmiechem. - Jesteś taka piękna. - ujął moją twarz w swoje dłonie.
- Tak? - przełknęłam głośno ślinę, wpatrując się w jego piękne, czerwone usta.
- Pragnąłem tego od kiedy tylko tu przyjechaliśmy. - nie zwlekając zatopił się w głębokim pocałunku.
 Ponownie czułam smak tych ust, ciepło bijące z jego dłoni, dotykających moich policzków i mrowienie między nogami. Wiedziałam co to znaczy. Moja kobiecość domagała się pieszczot, które tylko on mógł zapewnić. Głos ze środka błagał bym wypowiedziała te słowa, na które wspólnie zatopilibyśmy się w spełnieniu. Wiedziałam jednak, że to nie odpowiednie miejsce i pora na takie zabawy.
- Wujek! - na dźwięk głosu siostrzenicy chłopaka oderwaliśmy się od siebie, jakby przyłapała nas na czymś niedozwolonym.
- Słucham Abby? - dotknął palcami swoich warg, które połyskiwały moją śliną.
- Tata Cię szuka. - mówiła przyglądając mu się. - Dlaczego masz szminkę na ustach? -wskazała na jego wargi na co wybuchnęłam śmiechem.
- Twojemu wujkowi spodobał się błyszczyk, który masz na ustach i chciał zobaczyć czy jemu będzie pasował.
- Wujku, chłopcy się nie malują. - zaśmiała się i zniknęła.
 - Właśnie wujku. - Potwierdziłam, na co brunet przeniósł rozbawione spojrzenie w moją stronę. Ostatni raz mnie pocałował i wyszedł z namiotu.

21.11.2018

PERFECTION 44


 Po spakowaniu potrzebnych rzeczy, ubrałam się w czarne, długie spodnie i zieloną koszulę. Związując w przelocie włosy w wysokiego kitka, zbierałam torebkę i telefon. Levi czekał na mnie w samochodzie. Rozbawiony moim niewyrobieniem się z czasem wpatrywał się we mnie.
- Kochanie, przecież oni poczekają na nas. - mówił kiedy usadowiłam się na miejscu pasażera.
- I tak nie chcę się spóźnić. - oparłam się o siedzenie.
- Może chcesz prowadzić? - zapytał odpinając pas kierowcy.
Nie czułam potrzeby, by mu odmawiać, dlatego posłusznie zajęłam jego miejsce.
 Sprawnie wjechałam na podwórko rodziców Leviego. Czułam skrępowanie ponownie witając w ich posiadłości. Byli to przyjemni, ciepli ludzie, którzy promieniowali radością i akceptowali każdego. Mimo wszystko bałam się co tak naprawdę mogą o mnie myśleć.
- Widzę, że mamy nowego kierowcę. - gospodyni domu zaczęła temat. - Witaj dziecko. -objęła mnie, tak jak kiedyś robiła to moja mama.
- Witam. - odwzajemniłam uścisk.
- No to cała rodzina jest w komplecie. Tony i Elec czekają na miejscu. - poinformowała Megan.
- W takim razie jedziemy. - zawtórował jej Levi.
- Ale Levi. - zatrzymałam go. - Nie znam drogi.
- Ja poprowadzę. - musnął czubek mojego nosa i usiadł na miejscu kierowcy.
 Nie pozostało mi nic innego jak zawtórować mu. Zapięłam pas i zdjęłam białe vansy po czym wygodnie usadowiłam się na fotelu.
 Po kilku godzinach byliśmy na miejscu. Uradowany chłopak wyszedł jako pierwszy nie wyjmując nawet bagaży, które nam przyszykowałam. Zapewne nie będą nam potrzebne, bo już rano nas tu nie będzie, ale wolałam być przygotowana.
 Wysiadłam z samochodu i wolnym krokiem kierowałam się w stronę ludzi szykujących zastawę na drewniane stoły.
- Nie przejmuj się. Zawsze gdy tu przyjeżdżamy Levi zapomina o otaczającym go świecie. -poinformowała mnie siostra chłopaka. - Elec zresztą też. - pokręciła przecząco głową, przez co jej burza blond włosów opadła na twarz.
 Jak tak piękna dziewczyna mogła nie uporządkować włosów w takie miejsce?
 Taka myśl przeleciała mi przez głowę.
- Chodź. - wyciągnęłam w jej kierunku rękę.
- Dokąd? - była rozbawiona
- Chcę Ci coś pokazać.
 Posłusznie ruszyła za mną. Wskazałam jej gdzie ma usiąść i wyjęłam z bagażnika kosmetyczkę. Na jej widok dziewczyna wybuchła melodyjnym śmiechem.
- Zabrałaś to tutaj?
- Jak widzisz, jednak się przydała. - zaczęłam robić jej delikatny makijaż, a następnie upięłam włosy w wysokiego koka. - Teraz na pewno będzie Ci wygodniej, a makijaż doda Ci uroku. - wyjęłam kilka pasemek włosów, aby opadały koło jej uszu.
Nie zajęło dużo czasu, aż obok nas zjawiła się Abby. Rudowłosa dziewczynka, zachwyciła się widokiem mamy i również poprosiła o uczesanie i pomalowanie jej. Oczywiście zgodziłam się i nie minęła chwila nim dziewczynka miała pięknie upięte włosy i pomalowane błyszczykiem usta. Uradowana podbiegła do swojego taty, który stał w towarzystwie Leviego i jego brata.
- Abby, kto Cię tak pięknie uczesał? - Elec kucnął naprzeciw dziewczynki.
- Vanessa, prawda że jest zdolna? - chwaliła dziewczynka.
- Prawda.
 W tym momencie uchwyciłam spojrzenie Leviego, który uradowany wpatrywał się we mnie, puszczając mi przy tym oczko. Drobny gest, a sprawił, że moje serce zaczęło szybciej bić.
 Czy kiedyś przestanę tak reagować?

17.11.2018

PERFECTION 43


Kolejny tydzień minął spokojnie i szybko. Dawne dni poszły w niepamięć pozostawiając szczęśliwe, spędzone u boku wymarzonego chłopaka.
 Właśnie kończyliśmy myć naczynia po wspólnym śniadaniu, kiedy po domu rozległ się dźwięk dzwonka. Zdziwieni spojrzeliśmy na siebie. Żadne z nas nie spodziewało się gości.
- Pójdę otworzyć. - poinformował mnie wycierając mokre dłonie.
 W ciszy dokańczałam myć naczynia, jednocześnie próbując dosłyszeć kto mógł zaszczycić nas, lub Leviego odwiedzinami.
- Wow, Levi co to za porządek? Przecież Ty nigdy nie sprzątałeś. - usłyszałam zaskoczony głos siostry chłopaka.
 Akurat kiedy wycierałam ręce, dziewczyna weszła do kuchni.
- To wszystko wyjaśnia. - była mniej zdziwiona moim widokiem niż ostatnim razem.
- Moja wina. - posłałam jej ciepły uśmiech.
Bez słowa przytuliła mnie do siebie. Nie wiedziałam do końca jak się zachować, jednak odwzajemniłam to.
- Tak się cieszę, że z Tobą już wszystko w porządku. - zbagatelizowałam jej słowa i próbowałam zmienić jakoś temat.
- Kawę, herbatę?
- Nie. Właściwie to przyszłam powiadomić Ciebie, a raczej was... - przeniosła swój wzrok na mnie. - Jedziemy dzisiaj na biwak.
- Naprawdę? To już? - Levi wydawał się być zdziwiony.
- Jaki biwak? - postanowiłam wtrącić się do rozmowy.
- Levi nic Ci nie mówił? - spojrzała na niego złowrogim wzrokiem. - Co roku nasza rodzina organizuje wyjazd nad jezioro. Rozbijamy tam namioty i robimy ognisko i inne fajne rzeczy. To tradycja rodzinna. Teraz należy i do Ciebie. - wyjaśniła blondynka.
- Więc chyba powinniśmy się pakować. - skierowałam swoje słowa do Leviego.
- Przyjedziecie? - zapytała pełna nadziei.
- Oczywiście. - odpowiedziałam za chłopaka, który nie do końca był zadowolony.
- W takim razie będziemy czekać na was u rodziców.
 Pożegnała się z nami i po dwóch minutach nie było jej już. Od jej wyjścia chłopak nie podszedł do mnie ani razu. Uraziłam go czymś, tylko dlaczego nie powiedział mi o co chodzi?
- Levi... - podeszłam do niego, jednak on nie reagował.
 Poczułam ścisk w miejscu gdzie znajduje się serce. Jeszcze nigdy brunet nie był na mnie zły.
- Przepraszam. - wydukałam, nie do końca wiedząc za co.
- Dlaczego zgodziłaś się na ten wyjazd?
- Przecież to Twoja rodzinna tradycja. Dlaczego miałbyś zaprzepaścić ją z mojego powodu?
 - To Megan powiedziała mi o Twoim stanie, gdyby nie ona zapewne nie zabrałbym Cię stamtąd. Ona będzie dochodziła do tego kto Ci to zrobił, będzie wypytywać Cię o tą sytuację. Chcesz tego? - spojrzał w moje oczy z bólem.
- Chcę Twojego szczęścia. Chcę, żebyśmy byli normalną rodziną, nawet jeśli ma to oznaczać przyznanie się do wszystkiego.
 Chłopak objął mnie mocno i ucałował czubek mojej głowy. Czułam to ciepło bijące od niego. Czułam przy nim swój nowy dom.

10.11.2018

PERFECTION 42


  Minął tydzień od kiedy mieszkam z Levim. Pierwszy raz czuję się bezpiecznie i co najważniejsze jestem szczęśliwa. Wsparcie w postaci bruneta jest dla mnie ogromną podporą w życiu. To on namówił mnie na wizytę u lekarza, która musiała nadejść, lecz zapewne bez niego nigdy bym się nie odważyła tam pójść. Nie bałam się lekarza, jednak strach pojawił przed świadomością, że to dziecko należy do Vanca.
 Doskonale wiedział, że to jego dziecko nosze w sobie. W każdej chwili mógł przyjść i domagać się praw do niego, zwłaszcza że byłam jego żoną.
- Gotowa? - zapytał zakładając na ręce niebieską kurtkę.
- Tak. - zarzuciłam torebkę na ramię.
- W takim razie zapraszam. - uchylił drzwi wskazując ręką, że mam pierwszeństwo.
 Z uśmiechem na ustach zajęłam swoje stałe miejsce w srebrnej audi i zapięłam pasy. Z drżącymi rękoma wpatrywałam się w mijające budynki i samochody. Nie powinnam się stresować, w końcu to tylko zwykła wizyta u lekarza. Levi widząc moje zdenerwowanie podgłośił radio i zaczął śpiewać. Nie potrafiłam nie zareagować na ten dźwięk. Od razu na moje usta wkradł się uśmiech.
- Levi, przestań. - w całym samochodzie rozszedł się dźwięk mojego śmiechu.
- Uwielbiam Twój śmiech. - ujął moją dłoń i ucałował ją.
 Reszta drogi minęła nam spokojnie. Kiedy usiadłam w poczekalni, czekając na swoją kolejkę, obawy powróciły. Ponownie poczułam strach zbierający się we mnie.
 Czy tak będzie już zawsze?
- Następny. - usłyszałam wołanie lekarki.
- Chodź. - chłopak chwycił mnie za rękę.
 Oboje przekroczyliśmy drzwi gabinetu. Po wstępnej rozmowie lekarka kazała położyć się na łóżku. Odsłoniłam brzuch, na który młoda kobieta nałożyła zimny żel. Po niezbyt długiej chwili widziałam na zdjęciu moje maleństwo. Co prawda nie było ono zbyt widoczne, jednak ja w tej małej kropeczce widziałam moją ukochaną perełkę.
- Levi, widzisz to? - chwyciłam jego dłoń.
- Tak. Widzę. - nie odrywał wzroku z monitora.
- To dopiero trzeci miesiąc. - poinformowała nas lekarka. - Ale gratulacje, dziecko rozwija się dobrze. Może Pani poprawić bluzkę. - starła resztę zimnego płynu. - Następną wizytę przewiduję za dwa miesiące. Powinno być już widać płeć dziecka. - mówiła z uśmiechem.
 Wypełniła jeszcze kilka papierków i podała nam wydrukowane zdjęcie dziecka, po czym mogliśmy opuścić gabinet. Czułam jak wszystkie złe emocje upływają ze mnie, a z ust nie schodzi uśmiech. Cieszyłam się, że dałam poczęcie tak wspaniałej istotce. Co prawda nie jest to tylko moje dziecko, ale również Vanca, lecz mimo to cieszyłam się.
 Ku mojemu zaskoczeniu, Levi podniósł mnie i obrócił wokół naszej osi.
- Z czego się tak cieszysz? - zapytałam kiedy postawił nas na ziemi.
- Będziemy razem wychowywać to maleństwo. Będę ojcem. - cieszyłam się, jednak jego słowa wbiły mnie w troszeczkę smutny nastrój. - Van, wiem że nie jestem jego prawdziwym ojcem, ale to nie ważne. Ważne, że będziemy je wychowywać wspólnie.-muskał dłonią mój policzek.
- Wiem, Levi. Wiem. - również ujęłam w dłoń jego policzek.
- Wracajmy. - pokierował nas w stronę samochodu.
 Dzisiejszy dzień stał się jednym z lepszych od kilku miesięcy.

3.11.2018

PERFECTION 41


Kiedy wstałam byłam sama w pokoju. Wszędzie panowała cisza. Leniwie przeciągnęłam się na łóżku i pożałowałam. Miejsca w których widniały ślady po uderzeniach bolały. Wróciłam więc do poprzedniej pozycji i przez moment przetwarzałam wczorajsze informacje.
 Postanowiłam poszukać Leviego. W końcu powinien gdzieś tu być.
 Opuściłam sypialnię, w której panował chaos i weszłam do jasno żółtego pomieszczenia. Na stole widniała karteczka.
 ''Musiałem iść na trening. Wrócę koło 13:00. Nie wychodź beze mnie z domu. Wszystko czego potrzebujesz będzie. Niedawno robiłem zakupy, więc lodówka też jest pełna. Czuj się jak w swoim domu. Całuję Levi.''
Westchnęłam i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Lodówka faktycznie była pełna. Na zegarku widniała godzina 10:20, więc postanowiłam zjeść jakieś szybkie śniadanie i zabrać się za robienie obiadu dla Leviego. Zrobiłam lasagne mając nadzieję, że posmakuje chłopakowi. W czasie kiedy potrawa dochodziła do siebie w piekarniku, postanowiłam posprzątać w domu. W końcu widać, że potrzeba mu kobiecej ręki. W każdym pomieszczeniu panował brud. Zdawałam sobie sprawę z tego, że sprzątanie zajmie sporo czasu, dlatego nawet nie planowałam jechać dziś do sklepu.
 Nim się spostrzegłam zegar wskazywał 12:00, lasagna doszła do siebie, a mi został do wysprzątania jedynie pokój chłopaka. Nie zwlekając zabrałam się do roboty. Najpierw zajęłam się stertą ubrań, która leżała w kącie zapewne od kilku dni. Po zapachu stwierdziłam, że były to ubrania z treningu. Zebrałam je do kosza i nastawiłam pranie. Otworzyłam okna w pokoju na oścież i nie tracąc czasu zaczęłam ścierać kurze z szafek, jednocześnie układając wszystkie dekoracje. Obok wiszącego na ścianie telewizora znajdowała się ciemna, brązowa szafeczka. Stały na niej ramki ze zdjęciami rodziny. Jedno z siostrą, drugie z siostrzeńcami, inne z rodzicami. Oczywiście miejsce na niej zajęły zdjęcia z treningów lub meczy. Nie potrafiłam rozróżnić. Widać było, że rodzina jest dla niego bardzo ważna. Niestety nie było tu żadnego zdjęcia ze mną. W końcu nie jestem jego rodziną.
 Z mniejszym entuzjazmem sprzątnęłam szafki i odkurzyłam pokój. Wystraszyłam się, kiedy usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi. Spodziewałam się tu nadejścia Vanca. Z resztą wcale bym się nie zdziwiła.
- Van, jestem! - odetchnęłam na dźwięk tego melodyjnego głosu.
- W samą porę. - stanęłam w progu.
- Na co?
- Obiad gotowy. - chłopak szybkim krokiem znalazł się przede mną obejmując mnie w pasie.
- Myślałem o czymś innym. - przyznał z uśmiechem, skradając z moich ust pocałunki.
 Nie potrafiłam nie odpowiedzieć na tę czułość. Z uśmiechem na ustach oplotłam jego szyję i poddałam się jego pieszczotom.
- W sumie obiad może poczekać. - przyznałam z szczerym uśmiechem, na co brunet nie pozostał mi dłużny.