29.11.2017

CHANGE cz. 38




  Odprężona wtulałam się w ciało bruneta. Z mojej głowy odeszły wszystkie troski i zmartwienia.
 Wodziłam palcem po nowych nabytkach na ciele chłopaka, a on owijał sobie kosmyki moich włosów na palce. Nie musieliśmy rozmawiać, by wyrazić nasze emocje.
- Bryan, robota wzywa! - usłyszeliśmy za drzwiami pokoju.
- Idę!
 Zrezygnowana opadłam na poduszki i głośno westchnęłam. Wiedziałam, że to jego praca, ale czy musiał już w pierwszy dzień mojej przeprowadzki jechać na kolejną akcję?
- Nie smuć się. - musnął moje czoło. - Niedługo wrócę.
- Uważaj na siebie. - dotknęłam dłonią jego policzka.
- Zawsze uważam. - musnął moje usta i zaczął zakładać na siebie bokserki.
 Z uwagą wpatrywałam się jak kolejne części garderoby pojawiają się na jego ciele, by z ostatnim chwytem po skórzaną kurtkę, spojrzał na mnie i mrugając opuścił nasz pokój, zostawiając mnie samą w nowych czterech ścianach.
 Podążyłam w ślady chłopaka i również założyłam na swoje nagie ciało ubrania. Wychodząc z przytulnej sypialni, zabrałam się za zwiedzanie mieszkania. Przystanęłam w kuchni czując burczenie w moim brzuszku. Otworzyłam metalowe drzwiczki lodówki i ujrzałam pustkę. Cóż się dziwić. W końcu mężczyźni nie dbają o takie rzeczy jak pełna lodówka, czy dobry obiad.
 Nie tracąc czasu zabrałam klucze, z nadzieją, że to te należą do zamka drzwi wejściowych i kierowałam się w stronę najbliższego sklepu spożywczego.
 Dopiero po dziesięciu minutach drogi ujrzałam szukany budynek. Prawie biegiem pokonałam dzielącą mnie drogę i biorąc koszyk w rękę przekraczałam ścieżki z produktami. Powrzucałam do czerwonego pojemnika kilka pudełek ciasteczek, kawę, herbatę, makaron, sos do spaghetti, chleb, warzywa i inne produkty, które powinny znaleźć się w lodówce.
 - 154 dolary. - uśmiechnęła się kasjerka.
 Z trudem wyjęłam z torebki portfel i zapłaciłam ostatnimi banknotami jakie miałam.
Ledwo dysząc doszłam do mieszkania i zmęczona opuściłam reklamówki na blacie.
- Przynajmniej nareszcie będziemy mieli co jeść. - usłyszałam swój głos rozchodzący się po pustym mieszkaniu.
 Skoro mam tu bezczynnie siedzieć to chociaż przydam się im na coś i zrobię domowy obiadek.
 Nie zajęło mi to wiele czasu. Po godzinie ziemniaki były ugotowane, kotlety usmażone, a surówka leżała przykryta pokrywką w miseczce. Zjadłam swoją porcję i usiadłam przed telewizorem.
 Jedna godzina, druga...nadal ich nie ma. Czy za każdym razem będzie wracał tak późno?
 Godzina 22:36. Wzięłam prysznic i ubierając długie, szare dresy i białą bokserkę, związałam włosy w długą kitkę i usiadłam na parapecie kuląc nogi pod brodę.
 Kolejnym minusem tego miejsca, był brak balkonu lub jakiegokolwiek miejsca do spokojnego siedzenia i wpatrywania się bezsensownie w jeżdżące po ulicy samochody.
 ~ Merel, nie możesz tak. Ciągle skupiasz się na minusach. Musisz poszukać pozytywnych stron tego miejsca. - usłyszałam w swojej głowie głos rozsądku.
 Więc tak, jestem w pięknym mieście - Montrealu, na pewno jest tu wiele ciekawych miejsc do zwiedzania. Bryan postarał się chociaż odrobinę, przybliżyć mi mój dawny pokój. Zabrał mnie ze sobą, nie chcąc kolejny raz pozostawiać mnie samej sobie.
 Chwyciłam butelkę czerwonego wina i otwierając z trudem, upiłam duży łyk.
- Brawo, upijasz się sama, zamiast wyjść do klubu. Jesteś taka zdesperowana. - zaczęłam mówić sama do siebie.
 Zatęskniłam za Roxan. Zostawiłam ją bez słowa pożegnania. Na pewno się martwi. Chwyciłam w pośpiechu swoją komórkę, by odrzucić ją z impetem na łóżko. Rozładowana. Pięknie.
 Oparłam głowę o ścianę i dalej przyglądając się widokom zza okna i upijając wino z butelki oczekiwałam na przyjście Bryana.

25.11.2017

CHANGE cz. 37



   Wiadomością od Kellana dowiedziałam się, gdzie pochowana jest matka chłopaka. Chciałam ostatecznie pomóc mu pożegnać się z nią.
 Nie zdradzając mu nic wskazałam ulicę, na którą miał pojechać.
- Po co tu przyjechaliśmy? - był zaskoczony.
- Chodź. - nie czekając na nic, pierwsza wysiadłam z samochodu i kupując bukiet kwiatów, splotłam swoją rękę z chłopaka i kierowałam nas w kierunku pomnika jego matki.
 Kiedy stanęliśmy przed nim ujrzałam w jego oczach łzy. Kolejny raz w tym dniu.
- Pożegnaj się z nią. - wsadziłam kwiaty w jego rękę i odsunęłam się na bezpieczną odległość.
 Chciałam dać mu chwilę prywatności. Zasługiwał na pożegnanie się z matką. Widziałam jak upada na kolana i płacze, mówiąc coś do leżącej w ziemi kobiety. Chwilę zajęło mu to, jednak wcale nie oczekiwałam, że zrobi to w ciągu dwóch, trzech minut. Dałam mu tyle czasu ile potrzebował.
 Po dwudziestu minutach poczułam jego oplatające mnie ramiona.
- Dziękuję. - pocałował mnie w czoło.
- Nie musisz mi dziękować. Potrzebowałeś tego.
- Teraz znasz mnie całego. - przejechał swoimi ciepłymi wargami po moich ustach. - Nikt nie wie o mnie tyle co ty.
- Pojadę..z tobą.
- Naprawdę? - był w szoku, chyba spodziewał się, że mu odmówię.
- Naprawdę.


***


Lekko, a raczej bardzo zestresowana wysiadłam z taksówki. Stanęłam na chodniku zatłoczonego miasta i rozglądałam się dookoła siebie.
Montreal.
- Nie wyjechaliśmy z Kanady. - zdezorientowana spojrzałam na chłopaka szarpiącego się z moją walizką.
- Nie mówiłem, że wyjeżdżamy z Kanady. - ujrzałam jego cwany uśmiech.
 Pokręciłam głową z niedowierzaniem. Obawiałam się wyjazdu do innego kraju, państwa..ale nie zaledwie sześć godzin od mojej Akademii.
 Kierowałam się tuż za brunetem, niosącym moją walizkę. Klatka schodowa wyglądała na zaniedbaną. Wszędzie obdarte ściany, a na ziemi masa piasku, w powietrzu unosił się zapach stęchlizny. Czyżby nikt tu nie dbał o porządek?
- Niezbyt ci się tu podoba, prawda? - próbował wsadzić kluczyk do zamka od drzwi.
- Nie jest to miejsce, w którym chętnie bym przebywała, jednak nie będę narzekać.
 Nic nie mówiąc pocałował mnie w czoło i otwierając szeroko drzwi zaprosił do środka.
 Wnętrze również nie było przyjemne, lecz o wiele przytulniejsze niż klatka. Jasny salon połączony z kuchnią. Stara gazówka, oraz meble. Na środku pokoju, tuż przy stole, na którym zapewne będę jeść posiłki, stała brązowa kanapa oraz fotel. Nie miałam wątpliwości jak będzie wyglądała łazienka.
 - Wróciłeś już? - odwróciłam się w miejsce, gdzie przed chwilą zatrzasnęły się drzwi.
 Zaniemówiłam. Przede mną stała druga kropla Bryana. Długie krucze włosy upięte w niską kitkę, za duża, szara bluza i szerokie spodnie. Oczy...te mocno kasztanowe oczy przykuły moją uwagę. Druga podobizna Bryana. Nie tak wyobrażałam sobie spotkanie z jego bratem, o którym do tej pory nie słyszałam.
- Wróciłem. - stanął obok mnie i objął ramieniem. - Razem z nią.
-Tak, widzę. - jego twarz przykrył szelmowski uśmiech, nie wywołał na mnie takiego samego wrażenia co u jego brata.
 Mocniej objęłam Bryana, czując niepokój przy jego odbiciu lustrzanym.
- Merel, poznaj Ridga. Mojego brata. - przedstawił nas sobie.
- Cieszę się, że nareszcie mogłem cię poznać. Od kiedy tylko zawróciłaś mu w głowie, nie mogłem odpędzić się od jego opowieści o tobie. - na moje usta wkradł się uśmiech. -Czasem stawało się to naprawdę irytujące. - wzruszył ramionami i zniknął w swoim pokoju.
 Nie powiem, że ucieszyło mnie jego odejście. Dlaczego tak na niego reagowałam? Może to przez te wszystkie informacje, którymi zarzucili mnie ostatnio bliscy.
 - Iskierko! - potrząsnął mną.
- Hmm?
- Mówiłem, żebyś przyszła do naszej sypialni.
 Skołowana podreptałam za chłopakiem i otworzyłam szeroko oczy. Ten pokój różnił się całkowicie od poprzednich.
 Świeżo pomalowane szaro-różowe ściany, nowe, szare panele i na pierwszy rzut oka miękkie łóżko. Przeszłam obok toaletki z lustrem i przejechałam palcami po nowym drewnie. Wokół białego lustra zwisały poprzeplatane różowe piłeczki. Uśmiechnęłam się na ten widok.  Kolejna szafa była przepełniona ubraniami Bryana. Pewnie tu będą znajdowały się również i moje, widząc po przyszykowanych wolnych pułkach.
 Naprzeciwko łóżka zwisało kilka moich szkiców oraz zdjęć. Czułam, że ten pokój będzie moim ulubionym.
- Musiałem wypełnić tą pustkę.- objął mnie od tyłu.- Wyremontowałem ten pokój specjalnie na wypadek, gdybyś zechciała tu przyjechać. Wiem, że jesteś przyzwyczajona do lepszych warunków. Starałem się, jednak nie wszystko dało się tak szybko wyremontować.
- Cii...jest idealnie. - zarzuciłam mu ręce na szyję i wpatrywałam się w dwa czarne węgielki. - Najważniejsze, że jesteśmy tu razem.
  Wraz ze swoim cwanym uśmiechem i charakterystycznymi zmarszczkami przy oczach, popchnął mnie na prowizorycznie wyglądające miękkie łóżko, które w rzeczywistości takie było i nakrył mnie swoim ciałem przygwożdżając do niego.
 Ustami muskał moje policzki, szyję, pozbywając się jednocześnie naszych ciuchów. Pragnęłam jego bliskości. Natłok tego wszystkiego kompletnie wyprowadzał mnie z równowagi, a on był jedyną osobą, która sprowadziłaby mnie do odzyskania jej.

24.11.2017

CHANGE cz. 36


- Muszę ci wyjaśnić parę spraw.
- Więc na co czekasz?
- Nie tu, chodźmy do samochodu. Muszę być pewny, że nikt nas nie usłyszy.
 Jak powiedział, tak też zrobiliśmy. Wsiadłam do bordowego bmw i zamknęłam drzwi. Na zewnątrz właśnie zaczął padać deszcz.
 Spokojnie wpatrywałam się w odbijające się krople wody od szyby. Dzisiejsza pogoda w pełni odwzajemniała moje uczucia.
- Jak wiesz nie miałem łatwego dzieciństwa... - zaczął, ale ja mu przerwałam nie chcąc kazać mu opowiadać o tych ciężkich chwilach.
- Wiem o wszystkim. - nadal wpatrywałam się w szybę.
- Nawet nie masz pojęcia jak cholernie bolała mnie jej strata. Podczas tej jednej chwili przeklinałem samego siebie, to jakim byłem idiotą i to, że powinienem lepiej ją traktować. Nie mogłem uwierzyć, że nie usłyszę jej głosu, ani nie poczuję matczynego ciepła.
- Czy...
- Nie. To nie ja ją zabiłem. To był Ridge. - przeniosłam na niego wzrok. - Kiedy wszedłem do jej sypialni byli w trakcie kłótni. Ridge uparcie trwał przy swoim, a ona? Ona nie obawiała się niczego, przynajmniej tego nie pokazywała. Próbowała spokojnie zapanować nad nim, przemówić mu do rozumu, jednak nie przyniosło to dobrych rezultatów. Patrzyłem jak wymierza w nią pistoletem i strzela, a ja nie mogłem nic zrobić.
- Dlaczego nie powiedziałeś im tego? Oni wszyscy myślą, że to twoja wina.
- A co by to zmieniło? Ridge był idealnym synem. Chętnie się uczył, nie stwarzał problemów, miał idealne perspektywy na życie. Nie chciałem psuć im tego obrazu. Wystarczyło, że to ja byłem czarną owcą w rodzinie. - widziałam w jego oczach łzy.
 Nie zwlekając wcisnęłam się na jego kolana, siadając okrakiem twarzą do niego. Ujęłam jego delikatną twarz w moje malutkie ręce, rozkazując mu w ten sposób spojrzeć mi w oczy.
 - Nie jesteś zły Bryan. Zwyczajnie w świecie się pogubiłeś i nikt nie potrafił podać ci pomocnej ręki tak, byś ją przyjął.
- Twoje słowa nic nie zmieniają. - kciukiem starłam spływającą po jego policzku łzę. - Nadal brakuje mi jej. Przyzwyczaiłem się do tego braku, jednak to nadal boli. Nie byłem nawet na jej pogrzebie. W ten sam dzień uciekłem z domu, po wysłuchaniu od mojego ojca, że mam się więcej tu nie pokazywać, że wyrzeka się mnie.
 Całym sercem czułam jego ból. Przeżywałam go razem z nim i wiedziałam, że muszę mu pomóc. Że ten obowiązek, spadając z jego matki, przeszedł na mnie.
 W ciszy pozwoliłam schować mu twarz między szyją a moimi włosami. Potrzebował tego. Potrzebował napawać się moim ciepłem, bliskością i miłością, którą żywiłam do niego od tych piekielnie długich, czterech miesięcy. Zwyczajnie w świecie potrzebował się wypłakać.
 Kiedy uspokoił swój oddech i jego ciało nie było już tak napięte, opadł na siedzenie i podpierając głowę o zagłówek skórzanego fotela wpatrywał się we mnie.
-Teraz już wiesz o mnie wszystko. - przejechał dłonią po moim ramieniu.
- Nie do końca. - spojrzał na mnie zbity z tropu. - Nadal pozostaje kwestia twoich ciągłych zniknięć i zostawiania mnie samej sobie, bez żadnych wyjaśnień. - na te słowa ciężko westchnął.
- Wróciłem po ciebie. Czekałem pod akademią, ale nie zastałem cię tam. Mieszkanie również świeciło pustkami. Dzwoniłem do Deava, ale jakbyś zapadła się pod ziemię. W tamtym momencie poczułem, jakby ktoś wydzierał z klatki piersiowej moje serce. Bałem się o ciebie. - przerwał na chwilę myśląc, że zmienię temat, jednak tego nie zrobiłam. - Dopiero Kellan wysłał mi wiadomość, że zjawiłaś się w naszym rodzinnym domu. Tego obawiałem się najbardziej.
- To nadal nie wyjaśnia twoich zniknięć. - zauważyłam.
- Wróciłem po ciebie, bo moje serce cię potrzebuję. Ja cię potrzebuję. Wyjedź ze mną.
- Co? Ale gdzie? Kiedy? Dlaczego? - byłam zaskoczona jego propozycją.
- Pracuję w skomplikowanej i niezbyt bezpiecznej grupie, która włamuje się na konta firm i pobiera ważne informacje. Są one potrzebne do funkcjonowania firmy, bądź jej upadku. To zależy jedynie od poleceń szefa. Nigdzie nie siedzę dłużej niż miesiąc, góra dwa. Dopiero przy tobie…ciągle wracam do ciebie.
 Z natłokiem informacji usiadłam na miejscu pasażera i podkulając kolana, oparłam na nich brodę, przetwarzając wszystkie nowe informacje. Niestety było ich za dużo na jeden dzień.
 - Wpakowałem się w niezłe bagno, wiem, ale przed tym cię ostrzegałem. - czułam jego wzrok na sobie, jednak nadal wpatrywałam się w moje stopy. - Chciałem cię trzymać na dystans, ale nie potrafiłem. Teraz nie wyobrażam sobie byś odeszła.
 Wiem, że oczekiwał na moją odpowiedź. Logiczne, że chciał bym podjęła ją teraz, jednak nie potrafiłam. Tego wszystkiego było za dużo.
- Jedź..po prostu jedź… - poprosiłam.
- Dokąd?
- Obojętnie, chce tylko żebyś jechał.

22.11.2017

CHANGE cz. 35




 Po ciężkiej nocy, jedyne o czym myślałam to telefon i nadzieja ujrzenia wiadomości od Bryana. Niestety tak się nie stało. Mój telefon był kompletnie rozładowany. Zrezygnowana opadając na poduszkę, a właściwie to co powinno ją przypominać, chwyciłam głowę w obie ręce, czując wzrastającą z dnia na dzień frustrację.
 - Merel, śniadanie! - przez cienkie drzwi przedzierał się głos Kellana.
- Już idę.
 Zrobiłam szybką, poranną toaletę i zeszłam na dół, gdzie przesiadywała cała rodzina. Na mój widok wszyscy umilkli.
 Do diabła, czy oni muszą pokazywać mi na każdym kroku, że jestem nie na miejscu?
 Mówiąc ciche „dzień dobry” zajęłam jedyne wolne miejsce przy stole.
- Częstuj się. - starsza kobieta wskazała z uśmiechem na stół.
- Dziękuję. - odwzajemniłam to, że chociaż matka przyjaciela stara się traktować mnie normalnie.
 Chwyciłam w dłonie jedną kromkę chleba i posmarowałam ją masłem oraz dżemem. Zrobiłam kilka gryzów i nie mogłam nic przełknąć. Moje ciało przeszedł szereg dreszczy. Powiew świeżego powietrza muskał moją twarz, jakby przywoływał mnie. Już kiedyś czułam to, dokładnie takie samo uczucie. Czyżby to...
 -O mój boże! - z przedpokoju usłyszałam zrozpaczony głos goszczonej mnie kobiety.
- Gdzie ona jest?! - w moich uszach rozległ się dźwięk ukochanego, lecz lekko odstraszającego mnie głosu.
- Jakim prawem tu przyszedłeś?!
- Warren, to nie jest odpowiednia chwila...
- Zamknij się! Nie dostałeś pozwolenia przekroczenia tych drzwi! - spojrzałam na siedzącą naprzeciw mnie Roxan, która wpatrywała się we mnie ze współczuciem.
Czyżby żałowała, że podała mi ten pomysł?
- Nie martw się, nie zagoszczę tu długo. Przyszedłem po Merel. Gdzie ona jest? - ponownie powtórzył pytanie.
- Nie zasługujesz na nią!
- I mówisz mi to ty? - zapytał ironicznie.
- Zamierzasz zniszczyć ją tak samo jak twoją matkę?
  Nie mogłam dłużej słuchać kłótni między chłopakiem, a jego ojcem. Podniosłam się z krzesła i przemierzając dzielącą mnie odległość od wejścia, stanęłam twarzą w twarz z Bryanem.
- Jestem. - spokojnym głosem rozłożyłam ręce.
Zdenerwowany podszedł do mnie ukrywając w swoich ramionach, by po chwili odsunąć mnie na nikłą odległość i zarzucić masą oskarżeń.
- Po jakiego grzyba tu przyjeżdżałaś?! Po co na siłę próbujesz roztrząsać wszystko?! Ile jeszcze razy mam ci powtarzać, aż wbijesz to sobie do głowy? - jego uścisk stawał się coraz bardziej bolesny.
- Bryan, to mnie boli! - wskazałam na białe dłonie, zaciskające się na moich łokciach.
- Stary, chyba trochę przeginasz. - w naszą rozmowę wciął się Kellan.
- Nie twoja sprawa! - odepchnął mnie od siebie.
 Pierwszy raz widziałam go w takim stanie. Gdyby tylko mógł, rozwaliłby wszystko co znajduje się w jego zasięgu.
- Nie zastanawiałeś się chociaż przez chwilę, że ona zamartwiała się o ciebie? Wręcz odchodziła od zmysłów? Szukała cię gdzie tylko mogła!
- Nikt jej nie kazał! Doskonale wiedziała, że wrócę.
 Trzęsąc się odszedł w stronę okna. Biorąc kilka wdechów, nadal spokojna podeszłam do niego i zwyczajnie w świecie przytuliłam się do jego pleców, obejmując rękoma. Czułam jak jego mięśnie rozluźniają się. To mój dotyk, moja bliskość działała na niego uspokajająco.
- Hunter, spójrz. On się uspokoił. - zauważyła nadal zaskoczona matka Kellana.
- Pierwszy raz widzę, żeby ktoś miał na niego taki wpływ. - ojciec przyjaciela również był w szoku.
- Zostawmy ich samych. Merel potrafi sobie z nim poradzić. - nie musiałam się odwracać by wiedzieć, że Kellan cofnął wszystkich do kuchni. Byłam mu wdzięczna za danie nam chwili prywatności.
- Bryan, przepraszam. - spuściłam ręce w dół. - Masz rację, nie powinnam tu przyjeżdżać...-mój głos był cichy, jednak nawet on wyczuł w nim łzy.
- Chodź tu. - przygarnął mnie do swojej klatki piersiowej. - Jesteś tak cholernie uparta. -dotknął swoim czołem mojego. - Ale za to cię tak bardzo kocham.
 Czy ja abym się nie przesłyszała? Bryan Liron powiedział mi, że mnie kocha?
 Z szeroko otwartą buzią, nie dowierzałam w to co usłyszałam.
-Tak iskierko. - rozbawiony moim zdziwieniem, chwycił dwoma palcami moją brodę i podciągnął ją do poprzedniej pozycji. - Kocham cię. - przesunął kciukiem po czerwonej wardze i pocałował mnie.

20.11.2017

CHANGE cz. 34



 Po przyszykowanym posiłku, którego praktycznie nie zjadłam, usiadłam na starej huśtawce. To miejsce wydawało mi się być naładowane złą emocją, rozpaczą i żalem. Wiedziałam, że mnie tu nie chcą. Dali mi to dosłownie do zrozumienia. Nie mogłam tylko pojąć dlaczego? Dlaczego Bryan nie jest tu mile widziany i dlaczego kolejny raz zniknął? Dlaczego zostawia mnie z tak cholernie wielkim mętlikiem w głowie i nie ufa mi? Po co słuchałam Roxan? Nie...dlaczego jej nie słuchałam?
- Niezłe bagno co? - Kellan był wręcz rozbawiony całą sytuacją. - To długa i niezbyt przyjemna historia. - usiadł obok mnie i wpatrywał się przed siebie. - Byliśmy mali. Od dziecka spędzaliśmy tu sporo czasu. Razem z ciocią Magie, matką Bryana, rozkładaliśmy koc i jedząc miskę czereśni słuchaliśmy jej bajek. Kochał ją, a ona jego. Gdy dorastał zaczęły być z nim problemy. Robił się nadpobudliwy, często agresywny i łatwo wpadał w szał. Dopiero później okazało się, że ma problem z utrzymaniem emocji. Próbowaliśmy mu pomóc, jednak każda próba przynosiła marny skutek. Daliśmy sobie spokój z marnym staraniem się. W końcu po naszych nieudolnych próbach okazało się, że zwykłe nie utrzymywanie emocji przerodziło się w coś gorszego. Bryan stał się cholerykiem. Często wracał z bójek w nie najlepszym stanie, wyładowywał emocje na domownikach, nie zważając na to, kim dla niego są. Ciocia Magie ciężko to znosiła. Widziała jak jej syn z dnia na dzień marnuje swoje życie, a ona nic nie mogła zrobić. - widziałam jak przymyka oczy i walczy ze wspomnieniem. - Pewnego dnia, wszyscy wyjechali w odwiedziny do rodziny. Bryan jako jedyny został. Kolejny raz zniknął i nikt nie wiedział dokąd. Postanowiliśmy jechać bez niego. Jedynie ciocia oznajmiła, że zostaje. Nie chciała go zostawić. Mimo jego zachowania, ciągle miała nadzieję, że ulegnie ono zmianie.
 Przerwał i wpatrywał się w ciszy przed siebie. Widziałam w jego oczach zbierające się łzy.  Przetwarzałam spokojnie wszystko co do mnie mówił, pozwalając mu dokończyć swój wykład.
- Kiedy wróciliśmy do domu…do tej pory przeklinam samego siebie, że pozwoliłem zostać sobie tam, aż tak długo. Ridge, jego brat, wyjechał wcześniej ze spotkania. Tłumaczył się jakąś sprawą do załatwienia. Po powrocie weszliśmy do domu. Nie spodziewaliśmy się niczego nadzwyczajnego. W końcu nie pierwszy raz Bryan i ciocia zostawali sami. Jednak wtedy... - westchnął głośno i pozwolił sobie uronić kilka łez.- Wszedłem do sypialni i na środku ujrzałem leżącą w kałuży krwi ciocię Magie. Obok niej siedział zapłakany Bryan. Trzymał jej głowę na kolanach i rozpaczał. Obok nich znajdował się pistolet. Zacząłem panicznie krzyczeć, płakać, wymachiwać rękoma. Wszyscy się zbiegli...to było traumatyczne przeżycie. Winą obarczyli Bryana.
 Właśnie w tym momencie przed oczyma przeleciał mi obraz sprzed kilku tygodni, gdy pojechaliśmy razem nad jezioro i doszło do całej strzelaniny. Czyżby Bryan był zdolny do zabójstwa własnej matki?
- Nie wiem, czy Bryan ją naprawdę zabił. Nie mam pojęcia, czy byłby do tego zdolny. Jako jedyny utrzymuję z nim kontakt. Czasem nawet mu pomagam.
- A co z jego bratem?
- Nie wiadomo, nikt nie ma z nim kontaktu.
 Mocno zszokowana nowymi wiadomościami wpatrywałam się w siedzącego obok chłopaka. Po jego policzkach nadal spływały łzy. Jedyne co zrobiłam to mocno go przytuliłam. Tylko tyle mogłam zrobić.
- Dziękuję, że się przede mną otworzyłeś. Jesteś naprawdę wspaniałym przyjacielem i Roxan ma wielkie szczęście.
 Nic nie odpowiedział, tylko otarł łzy i uśmiechnął się.
- Lepiej zastanów się czy chcesz przez to przechodzić.
- Chcę do niego, chociaż to nierealne. Chcę do niego, bo wiem, że tylko przy nim będzie mi dobrze.
 Oparłam głowę o jego ramię i wspólnie przetwarzaliśmy wszystko, co przed chwilą miało miejsce.
 - Dzieci! - usłyszałam krzyk starszej kobiety.
- Co się stało? - bez stresu odwrócił się w tamtą stronę.
- Wskażę wam pokoje, gdzie będziecie spać.
- Ja chyba będę wracać do domu. - wyprostowałam się ze stresem pocierając dłonie.
- Nie ma mowy. Zostań u nas na noc. Zrobiło się naprawdę późno. - nalegała.
- Mama ma  rację. Powinnaś zostać. Chociażby na noc. - spojrzał na mnie z prośbą w oczach, na co kiwnęłam twierdząco głową.
 Nie musiałam długo czekać, aż znalazłam się w małym, chłodnym pokoju. W tym momencie cieszyłam się, że zabrałam ze sobą bluzę, bo naprawdę przyda mi się dzisiejszej nocy.

18.11.2017

CHANGE cz. 33



Jeden sygnał, drugi, trzeci...dziesiąty. Kolejny raz nic. Wciskam czerwoną słuchawkę i wsadzam telefon w kieszeń spodni.
 Co się z nim dzieje? Od kilku dni nie odbiera moich telefonów. Przyzwyczaiłam się już do jego codziennego bycia u mnie, dlatego może tak zmartwił mnie brak wiadomości od niego. Ten potok myśli napływający moją głowę samymi czarnymi scenariuszami, ta bezradność w kwestii udzielenia mu pomocy.
 - Jak myślisz? Co powinnam zrobić? - poczułam szturchanie w ramię.
- Co? - zdezorientowana przeniosłam wzrok na przyjaciółkę, która chyba poirytowana moim brakiem zainteresowania i chęci udzielenia jej pomocy, skrzyżowała ręce i zaczęła swój monolog.
- Czy ty mnie w ogóle słuchałaś, czy może od pełnych dwudziestu minut mówię do ściany?
- Przepraszam, po prostu jestem rozkojarzona. - chwyciłam obiema dłońmi moją głowę.
- Widzę. Co się dzieje? - dotknęła ręką mojej dłoni.
- Bryan nie odzywa się od kilku dni. Nie odbiera telefonów, nie odpisuje na wiadomości. Po prostu jakby zapadł się pod ziemię. - spojrzałam na nią. - Najgorsze jest to, że to nie jest pierwszy raz. - Roxan wpatrywała się we mnie współczującym wzrokiem, ale nie tego mi było trzeba.
 - Może znowu wpakował się w jakieś kłopoty?
- Mam nadzieję, że nie. - przygryzłam wargę wiedząc, że i tak może być.
- Mam pomysł! - wyprostowała się unosząc swoją burzę blond loków w górę. - Jak już wspomniałam w swojej dwudziestominutowej wypowiedzi, Kellan zaproponował mi wyjazd do swoich rodziców. Z tego co wiem, mieszkają oni blisko domu rodzinnego Bryana. Może tam się udał? Może zwyczajnie zatęsknił za ciepłem rodzinnym.
- No nie wiem. - niezbyt spodobał mi się jej pomysł.
- Co ci szkodzi spróbować? Pojedź z nami. Kellan na pewno nie będzie miał nic przeciwko.
- Nie znam tam nikogo..
- Kellan z chęcią ci pomoże. - nalegała.
 Tak jak się spodziewałam natknęłyśmy się na sprzeciw chłopaka. Nie był zadowolony, z jak to Roxan uważała, genialnego pomysłu.
 Po kilkunastu minutach sprzeciwów, oraz również długich usprawiedliwień blondynki do jej pomysłu, niezadowolony Kellan zgodził się na podróż naszej trójki.
 W ciszy siedziałam w miękkim siedzeniu samochodu, na tylnym miejscu i przyglądałam się widokom zza okna.
 Nawet nie wiem kiedy przysnęłam i do rzeczywistości sprowadził mnie Kellan.
Delikatnie mnie budząc wskazał gestem ręki, że jesteśmy na miejscu.
- Ojej. - wydobyło się z ust mojej przyjaciółki. - Nie wygląda to na szczyt moich marzeń, ale najgorzej też nie jest. - zwróciła się do mnie tak, by jej chłopak tego nie usłyszał.
 Stojąc na środku zarośniętego podwórka, przyglądałam się staremu domowi, który nie miał nawet koloru, a jego dach wydawał się, jakby miał zaraz spaść.
Dlaczego czułam, że Bryana wcale tu nie ma? Podjęłam chyba złą decyzję przyjeżdżając tu.
- Masz rację, podjęłaś złą decyzję. - chlopak zmaterializował się obok mnie. - Nie masz pojęcia co się działo, kiedy Bryan jeszcze tu mieszkał. Nigdy tu nie wracał.
- Opowiesz mi co takiego stało się, że ma aż tak złe wspomnienia z tego miejsca? -pragnęłam za wszelką cenę poznać prawdę.
- Skoro on ci tego nie powiedział, nie sądzę, że byłby zadowolony, gdybym ja to zrobił.
- Kellan... - próbowałam go zatrzymać, jednak na marne. Zostało mi jedynie ruszyć za nim i przybrać dobrą minę do złej gry.
  Podążałam za dobrze dogadującą się parą i szczerze mówiąc, zazdrościłam im tego. Nie mieli przed sobą tajemnic, zawsze gdy byli w pobliżu siebie, czuć było promieniującą od nich miłość, szczerą miłość. Czy nasza taka była? Sama do końca tego nie wiedziałam. Nie miałam kiedy się przekonać.
 - Witaj mamo, tato...wujku... - jak wypadało, Kellan przywitał się z każdym z osobna. -Chciałbym wam przedstawić Roxan, moją dziewczynę. - popchnął ją delikatnie do przodu. Widać było, że przypadła im do gustu. Cóż się dziwić, od dziecka miała taki dar, że wszędzie była mile widziana.
- A to kto? - na pierwszy rzut oka widać było, że jest sympatyczną kobietą.
- To jest Merel. Dziewczyna Bryana. - ściszył głos.
 Pierwsze co wpadło mi w oczy to niezbyt przyjemne przyjęcie tej wiadomości. Matka z ojcem chłopaka spojrzeli na siebie znacząco, a siedzący w kącie wujek, prawdopodobnie ojciec Bryana, spojrzał na mnie z szeroko otwartymi oczyma. Pierwszy raz poczułam się niekomfortowo i niechciana w towarzystwie.
- Jego też tu przywlokłeś? - siedzący w kącie mężczyzna podniósł się do pozycji stojącej.
- Nie, Bryana nie ma z nami.
- On nie ma prawa się tu pojawić! - poczułam mocne szczypanie w oczach.
 Co tu się dzieje?

15.11.2017

CHANGE cz. 32




Przebrana w zwykłe dresy i bluzkę położyłam się na łóżku obok bruneta. Ciemność w pokoju rozpraszały jedynie lampki w kształcie piłeczek zwisające nad moim łóżkiem. Oboje w ciszy przetwarzaliśmy dzisiejszy dzień.
- Skąd znasz tego człowieka? - zapytałam opierając głowę o prawą pierś chłopaka.
Cisza. Nie tego się spodziewałam. Miałam nadzieję, że podzieli się ze mną kolejną częścią wspomnienia ze swojego dawnego życia, niestety przeliczyłam się.
 Zrezygnowana już miałam odpływać w krainę morfeusza, kiedy usłyszałam jego cichy, zachrypnięty głos.
- Nie miałem łatwego dzieciństwa. W ogóle nie można tego nazwać dzieciństwem. Derek bardzo mi pomógł w ciężkich chwilach, a gdy on potrzebował pomocy, dostawał ją ode mnie. Można powiedzieć, że pomogłem mu wydostać się z niezłego bagna. Od tej pory ma dług wdzięczności u mnie, a ja u niego. - trzymał kosmyk moich brązowych włosów i nawijał je sobie na palec.
 - Co się wydarzyło w twoim dzieciństwie? - oczy same mi się zamykały, ale chciałam wykorzystać to, że się przede mną otworzył.
- Nie wszystko na raz iskierko. W swoim czasie. - nadal gładził mnie po włosach.
- Od dziecka mieliśmy z bratem doskonały kontakt z rodzicami. - postanowiłam mu się zwierzyć, może on również wtedy mi zaufa. - Nawet nie wiem, kiedy to wszystko się zmieniło. Tato zmienił się nie do poznania. Przestał się nami interesować, z matką nie rozmawia, wiecznie jest w pracy. Wyżywa się na Davie, a ze mną w ogóle nie ma kontaktu. Nie pamiętam już nawet jak wygląda. Jedynie wspomnienia z dzieciństwa. - skończyłam.
 Liczyłam na jakiś rewanż lub trochę czułych słów, jednak tak się nie stało.
- Śpij iskierko. - pocałował mnie w czoło i tym razem poddałam się objęciom morfeusza.



***
Kolejny raz przepływam basen. Zimna woda ochładza moje ciało, które od godziny wpijało potrzebną witaminę D.
 Odpycham rękoma wodę, kiedy czuję mocne szarpnięcie mojej kostki.
- Boże, dziewczyno zwolnij! - zatrzymała mnie Roxan. - Nie wiem czym jesteś tak naładowana, ale chyba nie zdajesz sobie sprawy z tego, że za tobą nie nadążam.
- Przepraszam, po prostu się wciągnęłam.
- Zróbmy sobie krótką przerwę.
 Na polecenie przyjaciółki usiadłyśmy na białych leżakach, wcześniej przykrytych kolorowymi ręcznikami. Odchyliłam głowę do tyłu, podpierając łokcie na ramionach leżaka.  Czułam jak ciepłe promienie słońca wprost palą moją mokrą skórę.
 Naturalne opalanie, to jest to dla mojej karnacji.
- Merel, między tobą a Bryanem wszystko w porządku? - zaskoczyła mnie tym pytaniem.
- Czy jest jakiś konkretny powód twojego zmartwienia? - z nadal odchyloną głową słuchałam przyjaciółki.
- Po prostu spójrz. - wskazała gestem głowy miejsce, w które powinnam skierować wzrok.
  Przy stoisku ratownika, rozebrany do połowy brunet rozmawiał z wysoką brunetką. Idealne, szczupłe ciało, ciemna karnacja, dziewczyna idealna. Widać na pierwszy rzut oka, że kokietuje Bryana, mojego Bryana, na co on jedynie się uśmiechał i udzielał krótkich odpowiedzi.
- Za chwileczkę się przekonamy. - podniosłam się z zajmowanego leżaka i wskoczyłam do wody.
 W zabójczo szybkim tempie pokonałam dzielącą mnie odległość między basenem, a przystojnym ratownikiem. Wynurzyłam się z wody dopiero przy dzielących mnie kilku milimetrach od jego nagich stóp.
 - Witaj ratowniku. - podparłam skrzyżowane ręce na wysokości basenu i posłałam mu szeroki uśmiech.
 W promieniach słońca jego ciemne włosy mieniły się od kropelek wody. Na moje słowa odwrócił się do mnie i pokazując zęby w swoim szerokim uśmiechu, od którego zawsze ukazywały się zmarszczki w kąciku jego oczu, wyciągnął do mnie rękę, pomagając wyjść.
 - Witaj iskierko. - objął mnie ramieniem w pasie, kiedy tylko stanęłam twardo na ziemi.
- A ty czego potrzebujesz? - spojrzałam z triumfem na stojącą naprzeciwko niego dziewczynę.
- Ja...w zasadzie to nic.
- Masz, lepiej okryj swoje ledwo co wypadające ze stanika cycki. - podałam jej ręcznik, na co zmieszana odwróciła się i odeszła.
- Mała zazdrośnica. - z uśmiechem odwrócił mnie do siebie i musnął usta.
 Nic nie odpowiadając skierowałam wzrok w kierunku siedzącej na leżaku blondynki, która wskazywała uniesione w górę dwa kciuki.
  Chyba rozwiałam jej wszelkie wątpliwości.

12.11.2017

CHANGE cz. 31



- Iskierko, wstawaj. - poczułam szturchanie.
- Hmm? - otrząsnęłam się zaspana.
- Jesteśmy na miejscu. - wskazał gestem głowy na budynek przed nami.
 Musiałam przymrużyć oczy, by wytężyć wzrok.  Wszędzie było ciemno, środek nocy. Ulice oświetlały światła lamp. Ponownie wróciłam wzrokiem we wskazywany budynek. Ciemna kamienica, na pierwszy rzut oka wydawała się być zwykłym domem, lecz dopiero po dokładniejszym przyjrzeniu się, zorientowałam się, że jest to salon tatuażysty.
 - Nie mówisz poważnie. - zrobiłam wielkie oczy.
- Jestem całkowicie poważny. - podparł pojazd na nóżce, bym czasem nie spadła wraz z nim i stanął naprzeciwko mnie chwytając za dłonie.
- Ostatnim razem zostawiło to niezbyt przyjemną pamiątkę. - zauważyłam.
 Chwilę myślał nad moimi słowami, lecz ponownie spojrzał na mnie wzrokiem buntownika. Jego czarne węgielki zalśniły srebrnym blaskiem.
 - '' Można mieć wszystko, czego się kiedykolwiek pragnęło, by uświadomić sobie, że pragnęło się nie tego co trzeba '' - zacytował. - Ja wiem już czego naprawdę pragnę, a ty? - ucałował moje dłonie.
- Chodźmy. - wzięłam głęboki oddech i przekroczyliśmy wejście salonu.
- Witam Państwa. W czym mogę pomóc? -zapytała niska, czarna kobieta.
Jej ręce pokrywały kolorowe tatuaże, w wardze i brwi wisiał kolczyk.  Włosy miała związane w wysokiego kitka, który poprzedzała czerwona bandamka w czaszki.
- Chyba wiadomo w jakiej sprawie przyszliśmy. - zakpił.
- W takim razie proszę za mną. - wyszła zza lady i ruszyła w kierunku drugiego pomieszczenia.
  Czarno-czerwone ściany z zawieszonymi plakatami, w powietrzu unosił się szary dym papierosów. Nie przepadałam za takimi miejscami, jednak czego się nie robi z miłości?
- Witaj Derek! - zawołał Bryan.
- Stary, co cię tu sprowadza? Dawno nie witałeś w moje skromne progi. - potarł ręce.
- Postanowiłem to zmienić. Twoja pracownica, chyba nie została poinformowana o moim wyjątkowym traktowaniu.
- Nie miała jeszcze okazji. - zaśmiali się.
- Poznaj Merel. - pociągnął mnie za rękę, przez co przeniosłam wzrok z przyglądania się pomieszczeniu na stojącego przed nami mężczyznę. - Panią powodu mego zawitania tutaj.-wskazał ręką na mnie.
- Musisz być wyjątkowa skoro Bryan przyprowadził cię tu. To ważne miejsce dla niego. - uścisnął moją rękę.
 Pierwszy raz poczułam się dla niego ważna. Zabrał mnie w miejsce, które faktycznie musiało znaczyć dla niego wiele. Moje serce przepłynął ciepły, przyjemny prąd. Czyżby to poczucie prawdziwej miłości?
- Chcielibyśmy zrobić coś specjalnego. - zaakcentował ostatnie słowo.
- W takim razie zapraszam na fotele. - zaprosił nas gestem ręki.
 Po dwóch godzinach oboje mieliśmy nasze cudeńka.  Na moim biodrze znajdował się znak nieskończoności z przeplatanym imieniem chłopaka rozdmuchujący dmuchawce.
 Bryan postąpił podobnie, tylko miejsce jego imienia zastępowało moje. Dodatkowo na miejscu przeciwnym do widniejącego nad prawą piersią tatuażu, wyrył sobie kolejną linijkę nad sercem:
Ona jest tym  czego potrzebuję. M.
 Na nadgarstkach oboje mieliśmy wytatuowane czarne serca.
 Niby nic, jednak dla mnie znaczyło to naprawdę dużo.
- Ile płacimy? - zapytałam schodząc z fotela, na co mężczyzna jedynie się zaśmiał.
- Widzę, że ty również nie zapoznałeś jej z naszymi zasadami. -zwrócił się do Bryana, na co on jedynie wzruszył ramionami i zakładał skórzaną kurtkę. - Bryan i jego goście mają u mnie dożywotni gratis.
- W takim razie cofam moje pytanie. - trochę zmieszana kierowałam się w stronę wyjścia.
- Do zobaczenia Derek! - pomachał mu na pożegnanie i splatając swoje palce z moimi kierował nas w kierunku pojazdu.
 Jako pierwsza usadowiłam się na stałym miejscu i wpatrywałam w przyglądającemu się mi brunetowi.
 Chłodny wiatr owiewający moje ciało, przypomniał mi o środku nocy, oraz że mój ubiór nie jest przystosowany do takich warunków. Z gęsią skórką oplotłam swoimi chudymi rękoma ciało trochę się przy tym trzęsąc.
 Nie musiałam długo czekać na gest przystojnego chłopaka. Zdjął swoją skórę i zarzucił mi ją na ramiona.
 - Gdzie teraz? - objął mnie pocierając rękoma po moich plecach, co dodawało mi odrobinę ciepła.
- Do domu? - spojrzałam w jego ciemne oczy, które zlewały się z otaczającą nas nocą.
- Wedle życzenia. - odpowiedział, po czym ruszyliśmy.

10.11.2017

CHANGE cz. 30



 Powrót do Akademii był czymś trudnym. Po kilku dniach spędzonych w cieple mamy nie mogło być inaczej.
 - Merel masz dziesięć minut na wyszykowanie się. - usłyszałam w telefonie głos mojej przyjaciółki.
- Ale dokąd?
- Kellan nic ci nie powiedział? Ehh co za gamoń. - uśmiechnęłam się do telefonu. - Lucas wyjeżdża i robi pożegnalną imprezę w Heaven.
- Nic nie wiedziałam.
- W takim razie masz dwadzieścia minut. - nie czekając na odpowiedź pozwoliła mi zająć się sobą.
 Zostając bez wyjścia zaczęłam wyciągać ciuchy na dzisiejszą niezapowiedzianą imprezę.
 Postawiłam na ciemno fioletową sukienkę, która idealnie pasowała do moich czarnych paznokci. Na nogi wcisnęłam czarne, zamszowe lity.
 - A co z włosami?
 Chwile się zastanowiłam i zdecydowałam upiąć je w niesfornego koka, zostawiając kilka pasemek luźno. Tak, to był idealny pomysł bo wyglądałam rewelacyjnie.
 Założyłam skórzaną kurtkę i zeszłam na dół.
- Gdzie pędzisz iskierko?
 Na zewnątrz przy skuterze czekał Bryan. Na mój widok uśmiechnął się szeroko.
 - Na imprezę.
 Przyciągnął mnie do siebie i pocałował.
- Pięknie wyglądasz. - przekrzywiłam głowę i uśmiechnęłam się.
- Pasuję do ciebie. - wskazałam na jego fioletową koszulkę.
- Czysty przypadek. Wsiadaj. - wskazał miejsce na skuterze. Zrobiłam jak kazał, mimo sukienki, która i tak była krótka.
 - Świetnie, są już wszyscy! - krzyknęła Roxan. - Zaczynamy zabawę!
 Jedna kolejka popędzała drugą. Każdy był w idealnym nastroju do imprezowania.  Bryan jako jedyny pozostawał trzeźwy. Upierał się, że musi odwieźć mnie całą do domu. Cieszyło mnie to, w końcu dba o mnie i moje zdrowie.
 - Witaj! - podszedł do mnie obcy mężczyzna. - Czy mogę prosić piękną panią do tańca?
 - Oczywiście. - spojrzałam na niezbyt zadowolonego Bryana i ruszyłam na parkiet.
 Po kilku piosenkach chciałam odejść do stolika, jednak mężczyzna nie pozwolił na to.
- Zostań, potańczymy jeszcze jedną piosenkę. - zaczął dotykać moich pleców schodząc coraz niżej.
- Chyba się za bardzo rozpędzasz. - zauważyłam próbując go powstrzymać.
- Łapska przy sobie! - nagle obok nas zmaterializował się Bryan, chwytając jedną z rąk mężczyzny. Czułam buzującą od niego wściekłość.
- Stary wyluzuj. - podniósł ręce w geście obrony.
- Już cię tu nie ma! - wskazał palcem i chwilę później zostaliśmy oboje sami.
 Bez wahania przytuliłam się do niego, a po chwili poczułam jak nasze ciała poruszają się. Może nawet nie odpowiednio do muzyki, ale nam to nie przeszkadzało. Wśród głośnych dźwięków, alkoholu i zapachu papierosów, wtulałam się w bezpieczne ramiona bruneta, nie mogąc uwierzyć, że to właśnie ja, Merel Stacey jestem u boku Bryana Lirona.
- Myślisz, że skapną się jeśli ulotnimy się w tym momencie? - usłyszałam przy swoim uchu, co wyrwało mnie z zamysłów.
- Mam nadzieję, że nie. - posłałam mu uśmiech, po czym oboje wyszliśmy z tego miejsca i wsiadając na ścigacza odjechaliśmy.

7.11.2017

CHANGE cz. 29




 Kręciłam się w kółko i gwałtownie stanęłam czując paraliż w moim ciele. Wszystkiemu przyglądał się Bryan.
Nie dość, że malarka to tancerka, piosenkarka…ile masz jeszcze talentów? - opierał się o drzwi, trzymając ręce skrzyżowane na piersi, jak to ma w zwyczaju.
- Wiele, ale ty już ich nie poznasz. - upiłam kolejny łyk i przystanęłam przy oknie.
- Chciałem...
- Nie obchodzi mnie co chciałeś. - spojrzałam na niego starając się ukryć swoje uczucia, jednak kiedy tylko spoglądałam w te czarne niczym węgiel oczy...wszystko upadało..ja upadałam. - Zniszczyłeś wszystko... - czułam jak oczy mnie szczypią.
- Ale wróciłem, żeby to naprawić. Merel, chcę cię odzyskać. - próbował zmniejszyć odległość dzielącą nas, jednak bał się mojej reakcji.
- Nie chcę do tego wracać. Nie rozumiesz co mi zrobiłeś? Naraziłeś mnie na tak wielkie niebezpieczeństwo...
- Dobrze wiesz, że nie pozwoliłbym cię skrzywdzić! - chwycił mnie za przedramienia.
- A gdybyś nie zdążył? Gdyby jednak nie udało ci się ich powstrzymać? A gdyby wszyscy uciekli i wrócili kolejny raz przygotowani i to tobie zrobiliby krzywdę? - wpatrywał się we mnie, a jego kąciki ust uniosły się ku górze.
- Nadal ci zależy.
- Zależy głupku! - uderzyłam go pięścią w pierś. - Ale ja cię naprawdę nie znam.
- Nikt mnie nie zna tak jak ty! - chwycił moją twarz w dłonie.
- Nic o tobie nie wiem. Jak mogę cię znać?
- Nie potrafię powiedzieć ci wszystkiego, musisz zrozumieć, że i tak wiesz o mnie więcej niż wiele osób, które znam.
 Miałam okropny mętlik w głowie...kochałam go i nienawidziłam jednocześnie. Chciałam z nim być, ale też miałam ochotę go nigdy więcej nie spotkać. W tej chwili wiedziałam jedno...pragnęłam go pocałować. Wypełnić tą tęsknotę i ból.
 Wysiliłam się i stojąc prawie w powietrzu pocałowałam go. Czułam jego uśmiech pod moimi ustami, jednak to mi nie przeszkadzało. Zachłannie zaczęłam zdejmować z niego koszulkę.
 - Od razu przechodzisz do rzeczy. - zaśmiał się - Aż tak się mnie spragnęłaś?
 - Całego ciebie, tylko już nikogo nie zabijaj. - uśmiechnął się.
- Dla ciebie wszystko iskierko.
 Popchnął mnie na łóżko, by po chwili znaleźć się nade mną i z szeroko wyszczerzonymi zębami rozpinać każdy guzik mojej czerwonej koszuli. Nie odrywał wzroku od moich oczu. Nie dotykał mojej skóry, a samym wzrokiem potrafił sprawić, że przez moje ciało przeszły dreszcze.
  Kiedy udało mu się rozpiąć wszystkie czarne, malutkie guziczki, jego oczom ukazał się czerwony, koronkowy stanik. Od przedziałku między piersiami ciągnął się cienki pasek wzdłuż brzucha, łączący się z dolną częścią bielizny, sięgającej do połowy ud, którą zasłaniały spodnie.
 Ciągle wpatrywałam się w niego niczym w obrazek. Widząc moją bieliznę  jego oczy nabrały radości. Wiedziałam, że pragnie sprawdzić co kryje się pod spodniami, co też zrobił.
 Kiedy oboje byliśmy w samej bieliźnie, nie pragnęliśmy zatopić się w sobie zachłannie, jak zrobiłaby to większość. Wspólnie pragnęliśmy pieszczot naszych ciał.
 Przejechał dłonią wzdłuż mojej piersi, tułowia i pośladków, by ująć nogę i założyć sobie na biodro. Opuszkami palców gładził koronkę majtek, znajdującą się na udzie i zwyczajnie położył głowę między moimi piersiami.
 Wplotłam palce w jego włosy i objęłam twarz. Czułam zapach jego perfum oraz ciepło bijące z jego ciała.
 Przymknęłam oczy i nawet nie poczułam, kiedy na moje usta wkradł się uśmiech. I nagle zdałam sobie sprawę, że to nie jest tylko moja miłość. To jest całe moje życie.

5.11.2017

CHANGE cz. 28



 - Merel obudź się! - poczułam szturchanie brata. - Nareszcie, zacznij się ogarniać, zaraz przyjdzie Grace.
 Czyżbym przysnęła? Oczywiście, że tak. Od kilku dni chodzę kompletnie niewyspana. Kiedy tylko się położę, odlatuję.
 Przejechałam ręką po oczach i wzięłam się za szykowanie. Ubrana w zwykłe jeansy i do tego czerwoną koszulę w kratę związałam włosy w kitkę i zeszłam na dół.
 - A to moja siostra, Merel. - wskazał ręką na mnie.
- Miło mi. Dużo o tobie słyszałam. - uścisnęłam jej rękę.
 Niska, szczupła dziewczyna z rudymi włosami. Wyglądała na zestresowaną. Nie dziwię jej się, w końcu to stresujące, nie wiedzieć czy zostanie się zaakceptowanym w rodzinie.
 - Może chodźmy do kuchni. Lepiej rozmawia się przy jedzeniu, a chyba wszyscy chcemy poznać nowego członka rodziny. - wskazała ręką mama.
 Po dłuższych rozmowach wszystkim spodobała się nowa towarzyszka Davea.
- Wiesz, jesteś całkiem spoko. - machnęłam widelcem w jej stronę. - Obawiałam się, że będziesz kolejną nudną lalunią. Pomyliłam się przyznaję. Wydaje mi się, że nawet będziemy mogły się zaprzyjaźnić. - obie posłałyśmy sobie uśmiech.
 Nagle po budynku rozległ się dźwięk dzwonka.
- Otworzę! - zaoferował Dave i po zaledwie kilku sekundach wrócił - Merel! Ktoś do ciebie. -był poważny.
- Do mnie? - zdziwiłam się i z pełną buzią ruszyłam za bratem.
- Witaj iskierko! - raptownie jedzenie utknęło mi w gardle i zaczęłam się krztusić.
- Merel! - szybko podbiegł Dave.
- Ja się tym zajmę.- powiedział i zaczął mnie klepać po plecach.
- Obejdzie się. - odepchnęłam jego rękę. - Po co tu przyjechałeś i co ważniejsze skąd wiedziałeś, że tu będę?
- Wiem o tobie wszystko, iskierko.
- Nie nazywaj mnie tak. - spojrzałam na niego złowrogim spojrzeniem.
- Nie wiem co wydarzyło się między wami, ale to chyba nie jest odpowiednia pora na kłótnie. - spojrzał na mnie błagalnie, wiedziałam że chodziło mu o Grace.
- Masz rację. - opuściłam bezradnie ręce.
- Chodź, zjedz z nami kolację. - zaprosił mój brat.
 Zrezygnowana i niezadowolona z takiego obrotu sprawy usiadłam na swoim miejscu przybierając wymuszony uśmiech na twarz.
- Co tak długo? - zapytała mama. - Oo, kolejny gość?
- Bryan, chłopak Merel. - przywitał się z moją matką, całując ją w rękę, podobnie postąpił z Grace.
- Córko, nic mi nie mówiłaś o tak przystojnym kawalerze. - zauważyła.
- Nie było okazji. - oparłam łokcie o stół i podparłam splecionymi palcami brodę, szeroko się uśmiechając.
- Siadaj, może masz ochotę zjeść z nami. - wskazała miejsce obok mnie.
 Cudownie! Miałam ochotę rozszarpać go za tą całą scenkę.
  Przez resztę wieczoru nie zamieniłam nawet słowa. Siedziałam oparta o krzesło i wpatrywałam się we wszystkich domowników. Nie tknęłam więcej jedzenia. Nic nie przeszłoby mi przez gardło.
  Bryan próbował ukrywać to co się wydarzyło i zachowywał się tak, jakbyśmy nadal byli parą. Czułam się tym poirytowana.
- Dziękuję za kolację mamo, była przepyszna. Muszę iść już do pokoju. Jestem trochę zmęczona. – wytłumaczyłam i nie czekając na jej reakcję zniknęłam w pokoju.
 Zahaczyłam od razu o spiżarkę, to tam mama trzymała różne wina i inne trunki na specjalne okazje. Wyjęłam jedną butelkę czerwonego wina i zamknęłam drzwi od pokoju.
 Długo nie czekając otworzyłam butelkę.
- Niezła wprawa Merel. - pochwaliłam samą siebie i upiłam łyk.
 To było to. Tego było mi trzeba do odstresowania się. Postawiłam butelkę na oknie i opadłam na łóżko.  Pragnęłam spokoju, który on zwyczajnie zakłóca.
 Wyjęłam telefon i puściłam jedną piosenkę z folderu. W pokoju rozległ się dźwięk piosenki First Time - Ellie Goulding.
 Nie martwiąc się o nieproszonych gości w pokoju zaczęłam tańczyć, trzymając w prawej ręce butelkę wina. Upiłam kilka łyków i zaczęłam cicho nucić słowa piosenki.

3.11.2017

CHANGE cz. 27



 Spakowana czekałam na przyjazd mojego brata. Dzisiaj miałam wyjechać do rodziny na kilka dni. Miało to być odskocznią od tego wszystkiego. Projekt zaliczyłam na ocenę celującą, więc mogłam pozwolić sobie na ten wypad.
 - Jestem! - usłyszałam jego głos.
- Nareszcie! Już myślałam, że będę musiała wydzwaniać.
- Musisz nauczyć się cierpliwości. Wiesz przecież, że zawsze jestem. - poczochrał mnie po włosach i zabrał walizkę.
 Przekręciłam zamek w drzwiach i ruszyłam za bratem.
- Mogę poprowadzić? - zapytałam stojąc przy drzwiach kierowcy.
- No nie wiem, a jeśli wykręcisz jakiś numer i rozbijesz mi samochód? - nie spojrzał na mnie tylko zamknął bagażnik czarnego Hyundaia.
- Dzięki brat! - machnęłam mu ręką i usiadłam za kierownicą.
 Włączyłam radio ustawiając mój „kanał”, a mianowicie podłączając kabel do telefonu i puszczając muzykę, z wyczekiwaniem pukałam pomarańczowymi paznokciami w kierownicę, oczekując aż mój ślimakowaty brat raczy zająć miejsce. Nie trwało to długo i nareszcie mogłam odjechać z piskiem opon.
 Droga zajęła nam prawie dwie godziny. Cóż, mój rodzinny dom nie był wcale tak blisko.
- Całkiem dobrze ci idzie. - zauważył, kiedy staliśmy na światłach.
- Wiesz przecież, że potrafię jeździć.
- Wiesz przecież, że nie mówię o tym. - mój humor zniknął.
- Nie chcę o tym rozmawiać. Uszanuj to. - wcisnęłam sprzęgło i wbiłam bieg, po czym odjechałam.
- Jak chcesz. W takim razie porozmawiajmy o dzisiejszym wieczorze. - zrobiłam zdziwioną minę. - Od miesiąca spotykam się z Grace.
- To gratulacje. - wstrzymałam nadgarstkami kierownicę i klasnęłam w dłonie.
- Zaprosiłem ją na kolację, żeby zapoznać ją z naszą matką.
- Świetny pomysł.
- Mam nadzieję, że ją zaakceptuje. Nie wiem jak tata. Wiecznie go nie ma.
- Dave, mama na pewno ją pokocha, jeśli ty traktujesz ją na poważnie. A ojcem się nie przejmuj. Wiesz, że od dawna był gburem. Wiecznie mu nic nie pasuje.
 Kiedy tylko przekroczyłam próg domu, matka powitała mnie pełna euforii.
- Mamo, chciałabym jeszcze trochę pożyć, a obawiam się, że twój bardzo mocny uścisk uniemożliwi mi to.
- Oh, wybacz. Po prostu dawno cię nie widziałam.
- Jestem okropnie głodny. - Dave zaczął podbierać sałatkę z miski.
- Gdzie z tymi paluchami! - dostał po palcach.
 Rozbawiona ich kłótnią weszłam do pokoju, gdzie przyszykowałam ubrania na wieczór.
 Poczułam się jak dawniej. Mój stary pokój, który zapewne był używany jako sypialnia dla przyjezdnych, niezapowiedzianych gości odwiedzających mamę. Nie wiele się zmienił.  Stare, drewniane szafki stojące pod pomarańczowymi ścianami. Niezbyt wielkie łóżko z kolorową pościelą stojące pod oknem, na którym stało kilka pluszowych misiów.
 Wzięłam jednego do ręki i głaskałam po białym pluszu.
- Witaj dawny przyjacielu. - ucałowałam maskotkę i przymknęłam oczy.
 Przeżyłam z nim wiele przygód. Dostałam go, kiedy miałam trzy latka. Tato właśnie wyjeżdżał do pracy.
- Naprawdę musisz jechać?
- Słoneczko, przecież wiesz jaką mam pracę. - malutka dziewczynka posmutniała i spuściła główkę na dół, przez co kręcone kiteczki zwisały do dołu zakrywając jej twarz. - Słoneczko nie smuć się, weź go. - podał mi tego białego misia. - Kiedy będziesz tęsknić, po prostu go przytul. On będzie wysyłał mi wszystkie twoje emocje.
 Otworzyłam oczy.
- Ciekawe czy teraz poczułbyś moje emocje. - powiedziałam sama do siebie wspominając ojca.
 Nawet nie wiem, kiedy uległ tak wielkiej zmianie. Kiedyś kochany, zapracowany lecz opiekuńczy tatuś. Teraz stał się gburowatym i wiecznie nadąsanym ojcem, któremu trudno jest czymkolwiek przypasować.
 Westchnęłam głośno, płożyłam się w świeżo wypranej pościeli i zamknęłam oczy.

1.11.2017

CHANGE cz. 26




 Gdy zadzwonił budzik od razu go wyłączyłam. Po nieprzespanej nocy nie był mi potrzebny. Naciągnęłam kołdrę po same uszy i wpatrywałam się w jeden punkt, przetwarzając to, co wydarzyło się wczorajszego dnia. Zapach pościeli przynosił mi ukojenie. Będę musiała wymienić ją na nową po dzisiejszej nocy.
 Usłyszałam pukanie do drzwi. Niechętnie podniosłam się i przyjrzałam swojemu odbiciu.
 Kiedyś idealna dziewczyna, z ułożonymi włosami, perfekcyjnym makijażem i idealnie zrobionymi paznokciami, teraz zero makijażu i włosami sterczącymi na każdą stronę. Obraz nędzy i rozpaczy, a jednak.
 Oddaliłam się od sypialni i przekręcając zamki otworzyłam drzwi. Nie zastałam za nimi nikogo, tylko bukiet białych róż.
 Podniosłam go i przeczytałam dołączoną do niego karteczkę.
''Przepraszam za wczorajszą sytuację. Nie powinienem wciągać cię w to wszystko. Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz.''
Upadłam na ziemię i jeszcze bardziej się rozpłakałam wtulając do bukietu.
- Coś ty najlepszego zrobiła... - skarciłam się w duchu. 


***


 Uplotłam z włosów kłosa i zrobiłam starannie makijaż. Pomarańczowo-czarne paznokcie komponowały się z morelowymi, koronkowymi spodenkami i białą luźną koszulką. Na stopy włożyłam brązowe sandały i biorąc torebkę kierowałam się w kierunku samochodu.
 Nim się obejrzałam w progu Akademii na szyję rzuciła mi się Roxan. Strasznie mi pomogła w czasie mojego załamania. Ona dawała mi wielkie oparcie. Nie wytykała moich błędów, lecz wspierała i próbowała podnieść na duchu.
 Okazało się, że Kellan i ona doskonale wiedzieli o Bryanie i jego problemach, przed tym właśnie chcieli mnie ostrzec, jednak ja ich nie słuchałam. Może gdybym postąpiła inaczej, wszystko miałoby inny koniec.
- Na dzisiejszych dwóch godzinach zajęć będziecie rysować na zaliczenie. Ocena będzie miała najwyższą wagę przy wystawianiu ocen semestralnych. - tłumaczyła nauczycielka. 
-Tematyka dowolna. Może to być portret, pejzaż, cokolwiek, ale musicie wyrobić się w tych dwóch godzinach.
 Chwyciłam za swój szkicownik i przejrzałam swoje obrazy. Przystanęłam na portrecie Bryana.
 Stał wsparty o swój motor, ze skrzyżowanymi rękoma, rozczochranymi włosami postawionymi na żel, skórzanej kurtce i czarnych spodniach ze zwisającymi łańcuchami. Wpatrywał się w bawiące się w piaskownicy dzieci.
Poczułam ukłucie w sercu. Od dwóch tygodni nie mam z nim kontaktu. Podobno gdzieś wyjechał. Mimo iż sama odeszłam, w głębi serca miałam malutką nadzieję na to, że będzie miał chociaż odrobinę taktu i pożegna się ze mną. Tak się niestety nie stało.
- Merel, uważam że ten rysunek jest odpowiedni na to zadanie. - zauważyła przyjaciółka.
- Masz rację, ale nie wiem czy uda mi się ponownie to narysować. - spojrzałam na nią z bólem.
- Spróbuj. Najwyżej oddasz na tej zmniejszonej wersji. - dodała mi otuchy po czym zabrałam się do dzieła.