Tak jak obiecał mój mąż, punktualnie na czas przyjechał pod sklep. Zamykając lokal pożegnałam Mary i każda z nas udała się w swoją stronę.
- I jak? Wszystko w porządku? - zapytał ruszając z parkingu.
- Tak. Jeśli tak to można nazwać. - westchnęłam i wpatrywałam się w krajobraz mijany za oknem.
Nawet nie zorientowałam się, kiedy byliśmy pod naszym domem. Bez chwili zwłoki wysiadłam z samochodu i udałam się do naszego przytulnego domku. Od razu w progu powitał mnie przyjemny zapach potraw. Zaintrygowana tymi pysznościami udałam się do kuchni, gdzie na stole czekały dwie porcje przyszykowanego jedzenia, a pomiędzy nimi bukiet kwiatów i butelka wina.
- Levi... - chciałam spytać o co chodzi, czy może zapomniałam o jakiejś okazji, jednak chłopak mnie wyprzedził
- Chciałem chociaż odrobinę poprawić Ci humor. Abyś nie myślała o tych wszystkich przykrych rzeczach, chociaż przez sekundę.
Wpatrywałam się w przyszykowany stół i poczułam wzrastający przypływ ciepła, rozchodzący się po moim ciele. Kochałam go właśnie za to, że nie pozostawał obojętny na mój ból i starał się w każdy możliwy sposób.
- Kocham Cię Levi. - rzuciłam mu się na szyję mocno przytulając.
- A ja Ciebie. - oczywiście odwzajemnił uścisk i po chwili oboje mogliśmy pochłaniać jedzenie.
Ponownie masa wspólnych tematów zagościła między nami, a także zła atmosfera odeszła w niepamięć.
- Jestem najedzona. - oparłam się o krzesło rozciągając się.
- I najchętniej poszłabyś spać? - kiwnęłam twierdząco głową, na co odpowiedział mi uśmiechem.
- To nie koniec? - spytałam zaskoczona, wiedząc jaka jest odpowiedź.
- Zapraszam. - wyciągnął rękę w moją stronę, a kiedy ją chwyciłam zaprowadził nas do łazienki, gdzie czekała mnie dalsza część miłej niespodzianki.
***
Mijały kolejne tygodnie, a po naszej córce nie było ani słychu ani widu. Oboje powoli traciliśmy już nadzieję.
Od samego rana miałam złe przeczucia. Wiedziałam, że wydarzy się coś okropnego, jednak nie miałam pojęcia co.
Jak na szpilkach siedziałam w sklepie obsługując klientów, kiedy usłyszałam dźwięk dzwoniącego telefonu.
- Tak? - odebrałam i przerażona wyczekiwałam wiadomości. - Jak to? W którym?
- Pani Vanesso, co się stało? - Mary starała się wypytać, kiedy tylko odłożyłam telefon.
- Levi...on jest w szpitalu. Ktoś go postrzelił. - wydukałam.
- Zamknę sklep i poprowadzę. - kiwnęłam twierdząco głową, sama nie byłabym w stanie teraz prowadzić.
Byłam wdzięczna swojej pracownicy za to, że kiedy potrzebowałam była mi bliską przyjaciółką.
W locie błyskawicy dojechałyśmy do szpitala. Panicznie odszukałam trenera, który przyjechał razem z Levim i częścią drużyny.
- Co z nim? Gdzie on jest? - pytałam zrozpaczona.
- Jest na bloku operacyjnym. Jego stan był krytyczny. Lekarze walczą. - wyjaśnił trener.
- Jak? Dlaczego? Stadion był chroniony! Jakim cudem... - rozsypałam się i osunęłam po ścianie na ziemię.
Tego było za wiele. Najpierw Katy, teraz Levi. Dlaczego miałam stracić ich oboje?
- Van, wszystko będzie dobrze. - obok mnie zjawił się jeden z członków drużyny, który bywał częstym gościem u nas w domu.
- Leo, jak...dlaczego mam stracić jeszcze jego? - pozwoliłam chłopakowi otoczyć mnie ramieniem i schowałam twarz w jego koszulce.
Mijały godziny, a ja nadal siedziałam na zimnej ziemi w oczekiwaniu, aż lekarz wróci z dobrą nowiną.
- Pani Morningstar... - usłyszałam ochrypły głos mężczyzny.
- To ja! - podniosłam się z ziemi. - Co z nim? Żyje?
- Tak, ale musieliśmy wprowadzić go w śpiączkę. Jeśli w ciągu trzech dni nie wybudzi się, obawiam się że nie będziemy mogli nic zrobić. - położył rękę na moim ramieniu dodając otuchy.
- Czy mogę do niego wejść? - spytałam cichym, bezsilnym głosem.
- Proszę. Za moment pielęgniarki przywiozą go na sale.
Siedziałam przy nim całe dwa dni, 24 godziny na dobę. W duchu modliłam się do Boga, by mi go nie zabierał. Jak miałam poradzić sobie w świecie tak okrutnym, tracąc go?
- Levi, skarbie...proszę Cię walcz dla mnie, dla nas...wiesz dobrze jak bardzo Cię potrzebuję. - chwyciłam jego dłoń. - Kochanie jeśli masz jeszcze odrobinę siły, proszę walcz, wróć do mnie. Ale jeśli nie...to nie mam Ci tego za złe. Zrobisz jak uważasz. -nachyliłam się i ucałowałam jego nieruszające się usta.
Oparłam głowę o jego dłoń i dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego co mówił Vance, że zostanę z niczym. Nie wierzyłam w jego słowa, gdy mówił że odbierze mi wszystko, jednak miał rację.
Straciłam dziecko, męża, sens życia. A to wszystko przez niego.
Jedyne co mi teraz pozostało to zemsta.
KONIEC
- Kochanie proszę Cię, musisz wychodzić z domu. Ja wiem, że jest Ci ciężko, mnie również jest, ale siedzenie w domu czy zatapianie się w pracy nie jest odpowiednim rozwiązaniem.
- Levi, nie chcę.
- Van, masz trzy minuty. Nie chcę słyszeć słowa nie. Albo się ogarniasz i wychodzimy, albo zabieram Cię w takim stanie.
Postanowiłam posłuchać się go. W końcu on robił dla mnie wiele. Musiałam się mu odpłacić, zwłaszcza że nie wymagał ode mnie więcej niż spaceru.
Pospiesznie ogarnęłam włosy i założyłam jakieś świeże ubrania. Nie miałam ochoty na malowanie się. Cały zapał minął.
- Kochanie gotowa? - przy drzwiach zmaterializowało się ciało Leviego.
- Tak. Możemy iść. - posłałam mu słaby uśmiech po czym oboje opuściliśmy mieszkanie.
Wspólnie przekraczaliśmy uliczki miasta, trzymając się za ręce. Levi całą drogę zagadywał mnie czymś co nie było dla mnie ani trochę istotne, jednak starałam się go słuchać.
Nagle idąca naprzeciw nas kobieta z wózkiem przykuła moją uwagę. W granatowym pojeździe leżała maleńka istota przypominająca moją Katy.
- Levi…to ona... - wydukałam pędząc w kierunku kobiety.
- Van! - nie zwracałam uwagi na krzyki kierowane w moją stronę.
Kiedy już byłam blisko kobiety poczułam mocny ścisk wokół pasa.
- Levi puść mnie! Tam jest nasza Katy! - mówiłam przez łzy.
- Van, kochanie to nie ona. - mówił zrozpaczony.
- To ona! Tam jest nasza córeczka! Levi! Musimy ją zabrać! - błagałam, jednak on nie puszczał. - Proszę Pani!...- wołałam, ale kobieta nie reagowała.
- Van, to nie była nasza córka. - odwrócił mnie w swoją stronę, mocno chowając w objęcia.
- Levi, musimy ją znaleźć... - łkałam mocno ściskając ręce na jego koszulce.
- Skarbie obiecuję Ci, że ją odnajdziemy. - chwycił moją twarz w dłonie i delikatnie ucałował usta.
- Levi, tak Cię kocham. - zatapiając się w jego uścisku, próbowałam znaleźć siłę na odnalezienie spokoju i równowagi w tym całym chaosie.
- Pójdź do sklepu. Sprawdź czy Mary radzi sobie ze wszystkim, dobrze? Ja przyjadę po Ciebie za godzinę. Może być? - zaproponował.
- No dobrze. - zrezygnowana kierowałam się w stronę sklepu, do którego wysłał mnie mój mąż.
Zastanawiałam się, czy jego dziwna zmiana planów nie ma związku z moim zachowaniem z poczucia braku córki. Bałam się, że Levi ma już tego dosyć. Choć wiedziałam, że dla niego również nie jest to łatwe.
Postanowiłam odrzucić na bok moje dziwne myśli i nie dokładać sobie więcej zmartwień.
Kiedy przekroczyłam dzielącą mnie odległość moim oczom ukazał się sklep. Wkładając na twarz uśmiech, wkroczyłam do środka witając pracownicę.
- Witaj Mary, jak praca?
- Dobrze, sklep odnosi sukcesy. Właśnie składałam zamówienie na dostawę. A co u Pani? Jakieś nowe wieści? - odłożyła długopis do notesu.
- Nic, ani śladu. Jakby zapadła się pod ziemię. - złapałam się za głowę, hamując nowy potok łez.
- Trzeba być dobrej myśli. - ujęła moje dłonie. - Na pewno jest bezpieczna.
- Chciałabym już tak bardzo mieć ją przy sobie. - wyznałam.
- A ona na pewno chciałaby, być przy Pani, jednak trzeba myśleć, że ta chwila nadejdzie już niebawem.
- Dziękuję. - posłałam jej ciepły uśmiech i pomogłam przy robieniu zamówień i kalkulacji kosztów.
Kiedy tylko wkroczyliśmy na podjazd mojego dawnego domu z dzieciństwa, instynkt rodzicielski wziął górę i nawet nie czekając, aż chłopak zgasi samochód, lotem błyskawicy znalazłam się w środku.
- Vanesso! Czy zapomniałaś, że nauczyłam Cię choć odrobinę dobrych manier? - urażona matka podniosła się z fotela widząc mnie w salonie.
- Nie igraj ze mną!
- Vanesso! Opamiętaj się! Rozmawiasz z matką. - obok starszej, idealnie ubranej kobiety stanął mój ojciec.
- Widzisz, on ją zmienił. Zmienił naszą córkę. - kobieta panicznie złapała się marynarki męża.
- Mamo, lepiej przyznaj się do tego co zrobiłaś. - starałam się panować nad złością.
- Vanesso, do diabła oświeć nas o co masz do nas pretensje?
- Gdzie zabrałaś moją Katy?! - wykrzyczałam przez łzy.
- Dziecko o czym Ty mówisz? - kobieta była przerażona moimi słowami.
- Nie kłam, że nie wiesz. To Ty zjawiłaś się niespodziewanie i więcej nie wróciłaś. Długo mi zajęło rozgryzienie jaki miałaś w tym cel, ale to...to było najgorsze co mogłaś zrobić! - po moich policzkach leciały łzy. - Jak mogłaś zabrać mi moje dziecko?
- Kochanie spokojnie. - poczułam na ramionach mocny uścisk męża.
- Vanesso, nie miałam nigdy w planach porwania Ci córki! Jak możesz tak sądzić? - kobieta była zraniona moimi słowami.
- Powiedzcie nam co się stało. - zażądał ojciec.
- Wróciliśmy do domu, tuż po naszej pierwszej nocy poślubnej. Kiedy wróciliśmy, okazało się, że nasza córka została porwana. - opowiadał Levi, a ja próbowałam zebrać myśli
- Zostawiliście dziecko same?
- Oczywiście, że nie. Moja siostra była. Ale jak się okazało ktoś sprawnie włamał się do domu.
- O mój boże. - starsza kobieta zakryła usta dłonią. - Byliście na policji? - wyglądała tak, jakby na prawdę nie miała z tym nic wspólnego. Czułam że mam mętlik w głowie.
- Oczywiście, że tak.
- Ja chcę odzyskać moje dziecko. - błagałam zanosząc się jeszcze większym płaczem i wtedy nastąpiła rzecz, której nigdy bym się nie spodziewała. Moja matka podeszła do mnie i najzwyczajniej w świecie mnie przytuliła. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz wykazała się takim gestem, ale byłam jej bardzo wdzięczna. Potrzebowałam jej wsparcia, zwłaszcza w takiej sytuacji.
- Zawołam gosposię, żeby zrobiła nam herbaty. Porozmawiamy na spokojnie. -zaproponowała po czym odeszła.
***
Mijały dni, miesiące, a po naszej córeczce było zero śladu. Zaczęłam chodzić do sklepu, w którym przesiadywałam do późnych godzin. Nie chciałam wracać do domu, gdzie tylko bym się użalała nad stratą maleństwa. Wracałam dopiero koło 17:00, żeby przyszykować obiad dla Leviego, który wracał zmęczony z treningów.
Nocami zasypianie było najgorsze. Oboje z Levim leżeliśmy w łóżku, wspierając się wzajemnie, ale też łkając do poduszki. Oboje cierpieliśmy z powodu tak wielkiej straty. Nie życzyłabym tego żadnej matce.
- Jak? Co powiedziałaś? - zszokowany Levi nie dowierzał własnym uszom. - Powiedz, że żartujesz...
- Przepraszam. Kładłam ją wczoraj do snu i nic się nie działo. Drzwi były zamknięte na wszystkie zamki, okna nawet nie otwarte. Levi, wstałam rano i jej nie było. - rozpłakała się jeszcze bardziej.
- Jak mogłaś?! Megan! Trzeba było zadzwonić od razu! - rozzłoszczony chłopak obrzucał ją oskarżeniami, a ja? Ja czułam jak ziemia rozpływa mi się pod nogami. - Do cholery my Ci zaufaliśmy!
- Levi! To nie jej wina. - broniłam dziewczyny, która i tak była już wystarczająco zrozpaczona.
Zrezygnowana opadłam na ziemię i zaniosłam się płaczem. Czułam jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi.
- Kochanie... - poczułam oplatające mnie ramiona męża.
- Moje dziecko... Moja mała Katy...
- Dzwoniłaś na policję?
- Nie.
- Pięknie. Nie wiem na co czekałaś. - zdenerwowany chłopak wyjął z kieszeni telefon i wybrał numer zgłaszając zaginięcie naszej córeczki.
Po niecałych 30 minutach, w naszym domu zjawili się policjanci. Zebrali wszystkie informacje i obiecali, że zajmą się ta sprawą niezwłocznie.
- Czy mają Państwo zdjęcie córki? Będzie nam potrzebne do identyfikacji dziecka.
-Tak. Proszę. - wyjęłam jedno ze zdjęć stojących w ramkach i podałam je mężczyźnie.
Po wszystkim mężczyźni opuścili nasze mieszkanie. Zostałam sama z moim mężem i bratową, która była również w takiej rozsypce co ja. Levi nie zamienił z nią nawet jednego słowa. Czułam się z tym jeszcze gorzej. Przecież to nie była wina Meg, że ktoś porwał nasze maleństwo.
Po dziesięciu minutach w pokoju zjawił się chłopak z dwoma kubkami herbaty. Podał jeden mi, a jeden Megan i bez słowa wtulił się we mnie niczym małe dziecko. Był również zrozpaczony, mimo iż nie była ona jego biologiczną córką.
Pozwoliłam mu położyć głowę na moich kolanach i spokojnie gładziłam ręką jego włosy. Oboje byliśmy w rozsypce, a bezradność jaka nam towarzyszyła była nie do zniesienia.
- Levi, braciszku...przepraszam was tak bardzo.
- Meg, nic już nie mów. - powiedział oschle.
Widziałam jak dziewczyna źle się czuje z tymi osądami, ale nie miałam siły by temu zaradzić.
Zrezygnowana w ciszy opuściła nasze mieszkanie, pozwalając nam zatopić się wspólnie w rozpaczy.
- Jak ona mogła nam to zrobić? - usłyszałam w głosie chłopaka załamanie.
- Levi, to nie jej wina. Ona nie wiedziała. W końcu zabezpieczyła wszystko, skąd mogła wiedzieć, że ktoś się włamie? - starałam się załagodzić sprawę.
- Mogliśmy wracać do domu i zostać z naszym dzieckiem.
- Kochanie, teraz nie ma co gdybać. Pozostaje nam jedynie czekać. - przez myśl przebiegło mnie wspomnienie, kiedy to moja matka odwiedziła nas niespodziewanie. - Levi...
- Co się stało?
- A co jeśli...moja matka ją porwała? - powiedziałam to z przerażeniem.
- Kochanie, nie wygaduj farmazonów. Po co miałaby to robić? - był zaskoczony moim stwierdzeniem.
- Nie wiem, ale muszę to sprawdzić. Jedźmy! - rozkazałam i nie czekając na chłopaka znalazłam się w korytarzu zakładając płaszcz.
Wesele trwało w najlepsze, a po przetańczonej nocy, postanowiliśmy zatrzymać się w hotelu. Katy miała zająć się Megan, więc spokojnie mogliśmy pozwolić sobie na taki wyskok.
Poczułam przedzierające się promienie słońca, które niemiłosiernie opadały na moją twarz. Leniwie przeciągnęłam się na łóżku i spojrzałam na śpiącego obok Leviego. Od wczoraj oficjalnie mojego męża.
Spał spokojnie oddychając płytko i równo. Jedną rękę miał zarzuconą wokół mojego brzucha, a drugą niezdarnie okrywał swoją twarz. Nie mogłam oprzeć się pokusie odgarnięcia tych rozczochranych kosmyków włosów. Tak więc zrobiłam to.
Na mój czuły gest, jego zielone oczy ukazały się w pełnej okazałości, wpatrując w moje z miłością i szczęściem. Leniwie przeciągnął się i jednym ruchem ręki przyciągnął mnie do siebie.
- Witam moją ukochaną żonkę. - wyszeptał wprost w moje ucho, przez co po ciele przeszedł mnie przyjemny dreszcz.
- Witam mojego ukochanego męża. - nie zwlekałam z odpowiedzią.
- Jak Ci minęła noc z myślą, że jesteś już szczęśliwą mężatką? - ujął w dłoń moją prawą rękę i przejechał kciukiem po widniejącej na serdecznym palcu obrączce.
- Najlepiej. Nigdy nie czułam się tak wspaniale. - odwróciłam się w jego stronę, by zatopić się w jego pełnych ustach.
- Może tak wyjdziemy z łóżka i udamy się do naszego domu? - zaproponował. - Katy pewnie jest bardzo stęskniona za swoimi rodzicami.
- Masz rację. Mam jakieś dziwne przeczucia. To co, jakieś szybkie śniadanie i powrót do domu? Czy może od razu kierunek dom?
- Możemy zajechać na miłe śniadanko do jakiejś przyjemnej restauracji. Twój mąż stawia. -oboje roześmiani i w dobrych nastrojach wyszliśmy z łóżka.
Wyszykowanie się nie zajęło nam wcale zbyt wiele czasu. Zaradnie przyodzialiśmy świeże ubrania i trzymając się za ręce opuściliśmy pokój hotelowy. Oddaliśmy klucze na recepcję, opłacając wszystkie koszty i stojąc pod hotelem, czekaliśmy na zamówioną taksówkę.
- Mogliśmy przyjechać samochodem. - westchnęłam znudzona tym oczekiwaniem.
- Oj kochanie, najmocniej przepraszam, że ostatniej nocy tak wspaniale się bawiłem na naszym weselu, że z tego wszystkiego zapomniałem zabrać samochodu. - oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
- Kocham Cię Levi. - objęłam go mocno w pasie.
- A ja Ciebie, najcudowniejsza istoto na ziemi. - wypowiedział te słowa mocno wpijając się w moje usta.
Czułam tą wielką miłość do niego zbierającą się w moim ciele i sercu, która z dnia na dzień wzrastała. Wiedziałam, że razem możemy zdobyć wszystko. Mając naszą miłość i wiarę w lepsze jutro nic nie mogło stanąć nam na przeszkodzie.
Po godzinie spokojnie przekroczyliśmy próg domu, w którym czekała na nas Megan.
- Witamy wszystkich! Wróciliśmy. - zawołał chłopak zamykając drzwi wejściowe.
Powolnym krokiem do salonu weszła zapłakana Megan. Wiedziałam, że musiało wydarzyć się coś złego, jednak nie wiedziałam co.
- Megan, proszę powiedz, że to nie jest to co przeczuwam. - mówiłam łamiącym się głosem. - Gdzie jest Katy?
- Katy zniknęła.
Minęły trzy miesiące, a ja jestem najszczęśliwszą kobietą na ziemi. Mam cudownego narzeczonego z którym już za dwa miesiące biorę ślub, wychowujemy piękną córeczkę, a co najlepsze postanowiliśmy się starać o kolejne nasze maleństwo.
Od ostatnich niespodziewanych odwiedzin, mama nie pokazała się ani razu. Na szczęście moje obawy były bezpodstawne, ponieważ nic złego się nie dzieje.
- Kochanie przetnij to w końcu! - usłyszałam ponaglający mnie głos narzeczonego.
- No dobrze, dobrze. Już się uspokójcie. - chwyciłam czerwoną wstążkę i jednym sprawnym ruchem przecięłam ją. - Sklep Fashionitas uważam za otwarty!
Wokół mnie rozbrzmiały się gromkie brawa. Poczułam mocny uścisk w pasie, ale nie przestraszyłam się. Wiedziałam, że to Levi.
- Mary, zaproś wszystkich do środka. - poprosiłam moja pracownicę.
- Cieszę się, że jesteś taka szczęśliwa.
- Dziękuję Ci, za to że kupiłeś dla mnie ten lokal. Mogę nareszcie wrócić do swojej pracy. -zarzuciłam mu ręce na szyję i mocno zatopiłam w jego ustach.
- Wszystko po to aby widzieć ten piękny uśmiech na Twoich ustach. - przejechał kciukiem wzdłuż linii moich warg. - Dam Ci wszystko czego zapragniesz Van.
- Levi, już mi dałeś wszystko. - ujęłam jego twarz w dłonie i przelałam całą wdzięczność w ten pocałunek. - Dziękuję. - oparłam czoło o jego i napawałam się tymi chwilami szczęścia.
- Nie dziękuj, bo najlepsze jest dopiero przed nami. - objął mnie w pasie i kierował w stronę lokalu.
***
- Van! No chodź! - ponaglała mnie Megan.
- Zaczepiłam się. - delikatnie szarpałam materiałem białej sukni.
- Jak zwykle, przecież wesele nie mogło odbyć się bez jakiejś małej wpadki lub spóźnionej Panny młodej. - mówiła odczepiając materiał sukienki. - A teraz chodź już, bo naprawdę się spóźnisz na własny ślub. - chwyciła moją dłoń i pociągnęła prosto po schodach.
Tak to dzisiaj miałam zostać oficjalnie żoną Leviego. Fakt, że nie mogliśmy wziąć kościelnego ślubu nie był dla nas żadną przeszkodą. Postanowiliśmy z Levim złożyć przysięgę przy urzędniku. W końcu co za różnica gdzie, ważne że będziemy razem w tak szczególnej chwili.
Kiedy tylko zajęłam miejsce obok mojego przyszłego męża, nie uszło mojej uwadze jego rozbawienie.
- To nie jest zabawne. - skierowałam w jego stronę ciche słowa.
- Nie wierzę, że zmieniłem Cię aż tak, że spóźniasz się na własny ślub. - oboje wybuchnęliśmy cichym śmiechem, po czym skupiliśmy się na słowach stojącej naprzeciw nas kobiety.
Po całej pięknej ceremonii udaliśmy się do sali brata Leviego, gdzie odbyła się dalsza część imprezy.
Tańcząc nasz pierwszy wspólny taniec oparłam głowę na ramieniu chłopaka i pozwalałam prowadzić się w rytm muzyki. Nie mogłam uwierzyć w to, że jestem jego żoną, że nareszcie mogę mieć szczęśliwą rodzinę.
- Od dzisiaj mogę nazywać Cię najpiękniejszą żoną. - wyszeptał mi do ucha.
- A ja najcudowniejszym mężem. - spojrzałam w jego oczy, czując ogarniający mnie spokój.
- Nikt nie jest w stanie zniszczyć nam tego dnia. - wypowiedział te słowa z taką pewnością, że i ja w to uwierzyłam.
- Kocham Cię tak bardzo. Nad życie. - ujęłam dłonią jego policzek.
- I tysiąc lat dłużej. - z uśmiechem na ustach zatopił nasze usta w pocałunku.
Weszłam do pokoju dziecka i spokojnie wzięłam malutką na ręce.
- Kochanie, mamusia już jest. Już jest wszystko dobrze. - ucałowałam ją w czółko i przytuliłam do piersi.
Widziałam jak pod wpływem mojego ciepła uspokaja się.
To najwspanialsze uczucie na świecie. Wpatrywać się w tak maleńką istotkę, którą do niedawna nosiło się pod sercem. Stałaś przy kuchence robiąc obiad i czułaś jak rusza się w tobie, jak wymachuje nóżkami dając znać, że jest przy tobie i za niedługo będzie obok ciebie. A teraz..trzymasz w rękach cały swój świat i zrobisz wszystko, aby ta istotka była bezpieczna, szczęśliwa i miała wszystko.
- Kochanie!
- No cóż, tatuś chyba nie może sobie poradzić z nieproszonym gościem. - oznajmiłam naszej córeczce, po czym okrywając ją kocykiem ruszyłam do czekającego w korytarzu narzeczonego. - Co się stało?
- Ktoś do Ciebie. - wskazał miejsce obok siebie.
- Mama? - na jej widok czułam jak stopy zatapiają mi się w ziemię i nie mogę wykonać żadnego ruchu.
Szok jaki przeżyłam był nie do opisania. Jeszcze kilka miesięcy temu mówiła, że mam się nie pokazywać w ich rodzinnym domu, a teraz przychodzi do mnie sama. To musiało oznaczać kłopoty, albo jakieś trudne stacje rodzinne.
- Będziesz się tak wpatrywała we mnie jakbyś widziała ducha? Vanesso, kultura wymaga zaprosić do środka. Chyba tego Cię nauczyłam. - w jej głosie dało się wyczuć pogardę dla mojego braku wychowania.
- Proszę, niech Pani wejdzie. - na szczęście Levi wydawał się być opanowany.
- Dziękuję. - wdzięcznym krokiem weszła do środka zostawiając na wieszaku swój płaszcz.
Przyszykowałam mamie kawę, którą zawsze piła, kiedy odwiedzała mnie w moim dawnym mieszkaniu i postawiłam ją w porcelanowej filiżance.
- Mamo...co jest powodem Twoich odwiedzin? - postanowiłam wykonać pierwszy krok i zapytać ją o to najdelikatniej jak potrafiłam.
- Chciałam zobaczyć moją wnuczkę. Vance mówił, że już się urodziła. - skarciła mnie wzrokiem. - Nawet nie raczyłaś nas poinformować.
- Myślałam, że nie chcesz jej widzieć.
- Vanesso, to moja wnuczka! Jak mogłaś tak pomyśleć? - skarciła mnie.
- Przepraszam.
- Proszę się nie denerwować. Oto ona. - Levi niczym anioł zjawił się z dzieckiem na rękach i przekazał dziewczynkę jej babci.
- Jaka ona piękna. - kobieta zachwyciła się widokiem maleństwa. - Spójrz Vanesso. Ma takie same usta jak Twoje i robi też takie miny przez sen. Pamiętam jak Ty robiłaś podobne.
Pełna szoku wpatrywałam się w swoją matkę, która pierwszy raz pokazała prawdziwie szczęśliwy wyraz twarzy. Jednak dziecko potrafi czynić cuda.
- Jak się nazywa?
- Katherine.
- Mogliście wybrać jakieś lepsze imię. Vivien albo Victoria. - jak zwykle musiała zrujnować każdą dobrą chwilę.
- To imię znaczy wiele dla Leviego. - sprostowałam, jednak ona nie zwracała na to uwagi.
Po godzinie odwiedzin postanowiła wracać do domu. Pożegnała się ze mną i Levim po czym opuściła nasz dom.
- Widzisz kochanie, nie było tak źle. - spokojny chłopak objął mnie ramieniem, przytulając do swej piersi.
- Mam złe przeczucia. Ona nigdy nie przychodziła z takimi intencjami. Wpatrywała się dziwnie w naszą córeczkę. Levi musimy jej pilnować. - spojrzałam na niego błagalnym wzrokiem.
- Kochanie, nic wam się nie stanie. Przy mnie jesteście bezpieczne. - ucałował moje czoło.
Tego potrzebowałam. Jego zapewnień, że wszystko będzie dobrze. Jego wsparcie było dla mnie największą podporą.