Tak jak obiecał mój mąż, punktualnie na czas przyjechał pod sklep. Zamykając lokal pożegnałam Mary i każda z nas udała się w swoją stronę.
- I jak? Wszystko w porządku? - zapytał ruszając z parkingu.
- Tak. Jeśli tak to można nazwać. - westchnęłam i wpatrywałam się w krajobraz mijany za oknem.
Nawet nie zorientowałam się, kiedy byliśmy pod naszym domem. Bez chwili zwłoki wysiadłam z samochodu i udałam się do naszego przytulnego domku. Od razu w progu powitał mnie przyjemny zapach potraw. Zaintrygowana tymi pysznościami udałam się do kuchni, gdzie na stole czekały dwie porcje przyszykowanego jedzenia, a pomiędzy nimi bukiet kwiatów i butelka wina.
- Levi... - chciałam spytać o co chodzi, czy może zapomniałam o jakiejś okazji, jednak chłopak mnie wyprzedził
- Chciałem chociaż odrobinę poprawić Ci humor. Abyś nie myślała o tych wszystkich przykrych rzeczach, chociaż przez sekundę.
Wpatrywałam się w przyszykowany stół i poczułam wzrastający przypływ ciepła, rozchodzący się po moim ciele. Kochałam go właśnie za to, że nie pozostawał obojętny na mój ból i starał się w każdy możliwy sposób.
- Kocham Cię Levi. - rzuciłam mu się na szyję mocno przytulając.
- A ja Ciebie. - oczywiście odwzajemnił uścisk i po chwili oboje mogliśmy pochłaniać jedzenie.
Ponownie masa wspólnych tematów zagościła między nami, a także zła atmosfera odeszła w niepamięć.
- Jestem najedzona. - oparłam się o krzesło rozciągając się.
- I najchętniej poszłabyś spać? - kiwnęłam twierdząco głową, na co odpowiedział mi uśmiechem.
- To nie koniec? - spytałam zaskoczona, wiedząc jaka jest odpowiedź.
- Zapraszam. - wyciągnął rękę w moją stronę, a kiedy ją chwyciłam zaprowadził nas do łazienki, gdzie czekała mnie dalsza część miłej niespodzianki.
***
Mijały kolejne tygodnie, a po naszej córce nie było ani słychu ani widu. Oboje powoli traciliśmy już nadzieję.
Od samego rana miałam złe przeczucia. Wiedziałam, że wydarzy się coś okropnego, jednak nie miałam pojęcia co.
Jak na szpilkach siedziałam w sklepie obsługując klientów, kiedy usłyszałam dźwięk dzwoniącego telefonu.
- Tak? - odebrałam i przerażona wyczekiwałam wiadomości. - Jak to? W którym?
- Pani Vanesso, co się stało? - Mary starała się wypytać, kiedy tylko odłożyłam telefon.
- Levi...on jest w szpitalu. Ktoś go postrzelił. - wydukałam.
- Zamknę sklep i poprowadzę. - kiwnęłam twierdząco głową, sama nie byłabym w stanie teraz prowadzić.
Byłam wdzięczna swojej pracownicy za to, że kiedy potrzebowałam była mi bliską przyjaciółką.
W locie błyskawicy dojechałyśmy do szpitala. Panicznie odszukałam trenera, który przyjechał razem z Levim i częścią drużyny.
- Co z nim? Gdzie on jest? - pytałam zrozpaczona.
- Jest na bloku operacyjnym. Jego stan był krytyczny. Lekarze walczą. - wyjaśnił trener.
- Jak? Dlaczego? Stadion był chroniony! Jakim cudem... - rozsypałam się i osunęłam po ścianie na ziemię.
Tego było za wiele. Najpierw Katy, teraz Levi. Dlaczego miałam stracić ich oboje?
- Van, wszystko będzie dobrze. - obok mnie zjawił się jeden z członków drużyny, który bywał częstym gościem u nas w domu.
- Leo, jak...dlaczego mam stracić jeszcze jego? - pozwoliłam chłopakowi otoczyć mnie ramieniem i schowałam twarz w jego koszulce.
Mijały godziny, a ja nadal siedziałam na zimnej ziemi w oczekiwaniu, aż lekarz wróci z dobrą nowiną.
- Pani Morningstar... - usłyszałam ochrypły głos mężczyzny.
- To ja! - podniosłam się z ziemi. - Co z nim? Żyje?
- Tak, ale musieliśmy wprowadzić go w śpiączkę. Jeśli w ciągu trzech dni nie wybudzi się, obawiam się że nie będziemy mogli nic zrobić. - położył rękę na moim ramieniu dodając otuchy.
- Czy mogę do niego wejść? - spytałam cichym, bezsilnym głosem.
- Proszę. Za moment pielęgniarki przywiozą go na sale.
Siedziałam przy nim całe dwa dni, 24 godziny na dobę. W duchu modliłam się do Boga, by mi go nie zabierał. Jak miałam poradzić sobie w świecie tak okrutnym, tracąc go?
- Levi, skarbie...proszę Cię walcz dla mnie, dla nas...wiesz dobrze jak bardzo Cię potrzebuję. - chwyciłam jego dłoń. - Kochanie jeśli masz jeszcze odrobinę siły, proszę walcz, wróć do mnie. Ale jeśli nie...to nie mam Ci tego za złe. Zrobisz jak uważasz. -nachyliłam się i ucałowałam jego nieruszające się usta.
Oparłam głowę o jego dłoń i dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego co mówił Vance, że zostanę z niczym. Nie wierzyłam w jego słowa, gdy mówił że odbierze mi wszystko, jednak miał rację.
Straciłam dziecko, męża, sens życia. A to wszystko przez niego.
Jedyne co mi teraz pozostało to zemsta.
KONIEC

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz