W drzwiach sali stanął Vance z bukietem kwiatów i wielkim białym, pluszowym misiem. Odruchowo wzmocniłam uścisk mojego dziecka, przyciągając ją do mojej piersi, a drugą ręką ścisnęłam dłoń narzeczonego.
- Słyszałem, że jesteś w szpitalu. Porodu sam się domyśliłem. - wyprzedził moje pytanie podchodząc do łóżka.
- Po co przyszedłeś? - głos Leviego przepełniony był nienawiścią.
- Zobaczyć się z córką. - wskazał na maleństwo w moich rękach. - Chyba mam prawo, prawda? W końcu ja jestem ojcem. - w jego oczach widziałam triumf nad Levim.
- Ona nie jest Twoją córką. - sprowadziłam go na Ziemię. - Levi istnieje jako jej ojciec. - na moje słowa jego twarz przybrała niejednoznaczny wyraz.
Nie do końca wiedziałam czy jest tym rozbawiony, zdenerwowany czy może poirytowany. Stał zwyczajnie naprzeciw łóżka i wpatrywał się w maleńką istotkę. Może bił się ze swoimi myślami. Zastanawiał się co powinien zrobić.
- Ja jestem jej biologicznym ojcem. To ja ją spłodziłem! - jego głos był podenerwowany.
- Poprzez gwałt! - pospiesznie dodał stojący obok mnie Levi.
- To nie był gwałt. - zmierzył go wzrokiem. - Mam do niej prawo takie samo jak i Ty. - te słowa skierował wprost do mnie. - Chcę ją potrzymać.
- Nie ma mowy. - jeszcze bardziej objęłam dziecko.
- Vanesso, bądź rozsądna! - jego ton głosu brzmiał jak ostrzeżenie.
- Nie Vance - starałam się być stanowcza.
- Pożałujesz tego. - rzucił bukiet na podłogę i zdenerwowany opuścił sale.
- Przepraszam Cię malutka. Tak bardzo Cię przepraszam. - ucałowałam jej drobne, pulchniutkie policzki.
- Van...Van! - poczułam mocne szarpnięcie mną, przez co odwróciłam się w stronę chłopaka. - Obronię was. Zawsze i wszędzie.
- Wiem Levi, wiem.
Oboje wpatrywaliśmy się w tą małą istotkę. Od teraz musimy strzec jej niczym skarb.
***
Nareszcie poczułam ulgę opuszczając mury szpitala. Wszystkie wyniki były poprawne, więc lekarze nie widzieli sensu trzymania nas tutaj dłużej.
- Kochanie daj, wsadzę ją. - mój dzielny narzeczony przejął dziecko w swoje ręce, zapinając ją w fotelik. - Widzisz, tatuś przygotował wszystko dla mojej malutkiej księżniczki.
- Levi, musimy jechać. - ponaglałam go czując dziwny wzrok na sobie.
- Mamusia ma rację. - ucałował jej czółko przykryte różową czapeczką i zamknął drzwi.
- Tak więc jedźmy. - skierował te słowa w moją stronę i pozostawiając ciepły pocałunek zajął miejsce kierowcy, a ja obok malutkiej istotki.
Tak bardzo cieszyłam się, że nareszcie mogę mieć pełną rodzinę. Ja, Levi, Kathy. Nie mogłam napatrzeć się na ten cud, który niedawno urodziłam. Od kiedy tylko pojawiła się na świecie, jedyne czego pragnę to jej szczęścia. Dam jej wszystko czego będzie chciała. Wiem, że mogę.
Ciekawe jak zareagowałaby moja matka widząc wnuczkę. Cieszyłaby się, czy może wyrzuciła za próg?
- Kochanie o czym myślisz? - z rozmyśleń wyrwał mnie Levi, wpatrujący się we mnie ze wstecznego lusterka.
- Że mamy wielkie szczęście. - nie wyznałam mu do końca prawdy.
W spokoju i ciszy dojechaliśmy do naszego domu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz