7.08.2019

PERFECTION 55


 Po powrocie do domu dostałam mocnej migreny. Głowa pulsowała mi od nadmiaru bólu, a do tego wszystkiego dochodziły niespokojne ruchy dziecka. Obawiałam się, że stres, który przechodziłam kilkanaście minut temu, działa źle na dziecko.
 Panicznie przytrzymałam się blatu kuchennego nabierając kilka głębszych wdechów. Ból w brzuchu stawał się coraz bardziej wyczerpujący. Zaczynały pojawiać się skurcze.
 Doskonale wiedziałam co za moment się wydarzy.
 - Levi... - ledwo wypowiedziałam jego imię opadając z sił.
- Co? - na mój widok spoważniał i nim minęła sekunda pojawił się obok mnie prowadząc mnie prosto na kanapę. - Co się dzieje? - jego głos był łamiący się.
- Dziecko... - mówiłam i w tym momencie poczułam spływającą ciecz po moich nogach.
- Co się dzieje? - brunet wydawał się być tym wystraszony
- Rodzę! - krzyknęłam.
- Jak to? Już? Co ja mam zrobić? - panikował obracając się kilka razy wokół siebie.
- Zadzwoń po karetkę. - mówiłam biorąc kilka głębszych wdechów.
- Tak. - rozejrzał się po pomieszczeniu. - Gdzie jest ten przeklęty telefon??? - podbiegł do szafki i wykręcił podstawowy numer.
 Nie słyszałam jego rozmowy bo ból powodował u mnie mocne zaciskanie się rąk wokół podłokietnika.
- Przeklęte londyńskie służby. Jak zwykle trzeba na nie długo czekać. - zaklął pod nosem. -Chodź, zawiozę Cię na oddział. Będzie szybciej niż ta przeklęta karetka. - próbował pomóc mi wstać.
  Bez sprzeciwów, powstrzymując chęci wykrzyczenia się, ubrałam kurtkę i usiadłam na miejscu pasażera. Całą drogę mocno ściskałam klamkę drzwi, aż na całe szczęście lekarz przyjął mnie natychmiast przygotowując salę.
- Pan jest ojcem? - zwrócił się w stronę bruneta.
- Tak. - powiedział pewnie.
- Chce Pan być przy porodzie?
- Oczywiście, że tak!
 Bez chwili zwłoki mój narzeczony odszedł w pomieszczenie obok zostawiając mnie z pielęgniarkami, które pomagały przygotować mnie do porodu.
- Van, kochanie! - usłyszałam jego głos, a po chwili mocny uścisk mojej dłoni.
- Levi... - mówiłam ściskając rękę z bólu.
- Jestem przy Tobie. - uniósł moją dłoń do ust i ucałował.
 Wpatrywałam się w jego oczy, przepełnione troską i zmartwieniem. Przeżywał wszystko razem ze mną. To go wyróżniało od Vanca. Był moja podporą w trudnych chwilach.
- Auć!! - krzyknęłam czując kolejny raz mocne skurcze.
- Witam wszystkich. - na salę wszedł ubrany w zielony fartuch lekarz. - Zaczynajmy.
 Już po chwili wszystko toczyło się szybko, a ja wydawałam na świat moje maleństwo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz