7.08.2019

PERFECTION 66


  Tak jak obiecał mój mąż, punktualnie na czas przyjechał pod sklep. Zamykając lokal pożegnałam Mary i każda z nas udała się w swoją stronę.
- I jak? Wszystko w porządku? - zapytał ruszając z parkingu.
- Tak. Jeśli tak to można nazwać. - westchnęłam i wpatrywałam się w krajobraz mijany za oknem.
 Nawet nie zorientowałam się, kiedy byliśmy pod naszym domem. Bez chwili zwłoki wysiadłam z samochodu i udałam się do naszego przytulnego domku. Od razu w progu powitał mnie przyjemny zapach potraw. Zaintrygowana tymi pysznościami udałam się do kuchni, gdzie na stole czekały dwie porcje przyszykowanego jedzenia, a pomiędzy nimi bukiet kwiatów i butelka wina.
- Levi... - chciałam spytać o co chodzi, czy może zapomniałam o jakiejś okazji, jednak chłopak mnie wyprzedził
- Chciałem chociaż odrobinę poprawić Ci humor. Abyś nie myślała o tych wszystkich przykrych rzeczach, chociaż przez sekundę.
 Wpatrywałam się w przyszykowany stół i poczułam wzrastający przypływ ciepła, rozchodzący się po moim ciele. Kochałam go właśnie za to, że nie pozostawał obojętny na mój ból i starał się w każdy możliwy sposób.
- Kocham Cię Levi. - rzuciłam mu się na szyję mocno przytulając.
- A ja Ciebie. - oczywiście odwzajemnił uścisk i po chwili oboje mogliśmy pochłaniać jedzenie.
 Ponownie masa wspólnych tematów zagościła między nami, a także zła atmosfera odeszła w niepamięć.
- Jestem najedzona. - oparłam się o krzesło rozciągając się.
- I najchętniej poszłabyś spać? - kiwnęłam twierdząco głową, na co odpowiedział mi uśmiechem.
- To nie koniec? - spytałam zaskoczona, wiedząc jaka jest odpowiedź.
- Zapraszam. - wyciągnął rękę w moją stronę, a kiedy ją chwyciłam zaprowadził nas do łazienki, gdzie czekała mnie dalsza część miłej niespodzianki.

***

 Mijały kolejne tygodnie, a po naszej córce nie było ani słychu ani widu. Oboje powoli traciliśmy już nadzieję.
 Od samego rana miałam złe przeczucia. Wiedziałam, że wydarzy się coś okropnego, jednak nie miałam pojęcia co.
 Jak na szpilkach siedziałam w sklepie obsługując klientów, kiedy usłyszałam dźwięk dzwoniącego telefonu.
 - Tak? - odebrałam i przerażona wyczekiwałam wiadomości. - Jak to? W którym?
- Pani Vanesso, co się stało? - Mary starała się wypytać, kiedy tylko odłożyłam telefon.
- Levi...on jest w szpitalu. Ktoś go postrzelił. - wydukałam.
- Zamknę sklep i poprowadzę. - kiwnęłam twierdząco głową, sama nie byłabym w stanie teraz prowadzić.
 Byłam wdzięczna swojej pracownicy za to, że kiedy potrzebowałam była mi bliską przyjaciółką.
 W locie błyskawicy dojechałyśmy do szpitala. Panicznie odszukałam trenera, który przyjechał razem z Levim i częścią drużyny.
- Co z nim? Gdzie on jest? - pytałam zrozpaczona.
- Jest na bloku operacyjnym. Jego stan był krytyczny. Lekarze walczą. - wyjaśnił trener.
- Jak? Dlaczego? Stadion był chroniony! Jakim cudem... - rozsypałam się i osunęłam po ścianie na ziemię.
 Tego było za wiele. Najpierw Katy, teraz Levi. Dlaczego miałam stracić ich oboje?
- Van, wszystko będzie dobrze. - obok mnie zjawił się jeden z członków drużyny, który bywał częstym gościem u nas w domu.
- Leo, jak...dlaczego mam stracić jeszcze jego? - pozwoliłam chłopakowi otoczyć mnie ramieniem i schowałam twarz w jego koszulce.
 Mijały godziny, a ja nadal siedziałam na zimnej ziemi w oczekiwaniu, aż lekarz wróci z dobrą nowiną.
- Pani Morningstar... - usłyszałam ochrypły głos mężczyzny.
- To ja! - podniosłam się z ziemi. - Co z nim? Żyje?
- Tak, ale musieliśmy wprowadzić go w śpiączkę. Jeśli w ciągu trzech dni nie wybudzi się, obawiam się że nie będziemy mogli nic zrobić. - położył rękę na moim ramieniu dodając otuchy.
- Czy mogę do niego wejść? - spytałam cichym, bezsilnym głosem.
- Proszę. Za moment pielęgniarki przywiozą go na sale.
 Siedziałam przy nim całe dwa dni, 24 godziny na dobę. W duchu modliłam się do Boga, by mi go nie zabierał. Jak miałam poradzić sobie w świecie tak okrutnym, tracąc go?
- Levi, skarbie...proszę Cię walcz dla mnie, dla nas...wiesz dobrze jak bardzo Cię potrzebuję. - chwyciłam jego dłoń. - Kochanie jeśli masz jeszcze odrobinę siły, proszę walcz, wróć do mnie. Ale jeśli nie...to nie mam Ci tego za złe. Zrobisz jak uważasz. -nachyliłam się i ucałowałam jego nieruszające się usta.
 Oparłam głowę o jego dłoń i dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego co mówił Vance, że zostanę z niczym. Nie wierzyłam w jego słowa, gdy mówił że odbierze mi wszystko, jednak miał rację.
 Straciłam dziecko, męża, sens życia. A to wszystko przez niego.
 Jedyne co mi teraz pozostało to zemsta.

KONIEC

PERFECTION 65


  - Kochanie proszę Cię, musisz wychodzić z domu. Ja wiem, że jest Ci ciężko, mnie również jest, ale siedzenie w domu czy zatapianie się w pracy nie jest odpowiednim rozwiązaniem.
- Levi, nie chcę.
- Van, masz trzy minuty. Nie chcę słyszeć słowa nie. Albo się ogarniasz i wychodzimy, albo zabieram Cię w takim stanie.
 Postanowiłam posłuchać się go. W końcu on robił dla mnie wiele. Musiałam się mu odpłacić, zwłaszcza że nie wymagał ode mnie więcej niż spaceru.
 Pospiesznie ogarnęłam włosy i założyłam jakieś świeże ubrania. Nie miałam ochoty na malowanie się. Cały zapał minął.
 - Kochanie gotowa? - przy drzwiach zmaterializowało się ciało Leviego.
- Tak. Możemy iść. - posłałam mu słaby uśmiech po czym oboje opuściliśmy mieszkanie.
 Wspólnie przekraczaliśmy uliczki miasta, trzymając się za ręce. Levi całą drogę zagadywał mnie czymś co nie było dla mnie ani trochę istotne, jednak starałam się go słuchać.
 Nagle idąca naprzeciw nas kobieta z wózkiem przykuła moją uwagę. W granatowym pojeździe leżała maleńka istota przypominająca moją Katy.
- Levi…to ona... - wydukałam pędząc w kierunku kobiety.
- Van! - nie zwracałam uwagi na krzyki kierowane w moją stronę.
 Kiedy już byłam blisko kobiety poczułam mocny ścisk wokół pasa.
- Levi puść mnie! Tam jest nasza Katy! - mówiłam przez łzy.
- Van, kochanie to nie ona. - mówił zrozpaczony.
- To ona! Tam jest nasza córeczka! Levi! Musimy ją zabrać! - błagałam, jednak on nie puszczał. - Proszę Pani!...- wołałam, ale kobieta nie reagowała.
- Van, to nie była nasza córka. - odwrócił mnie w swoją stronę, mocno chowając w objęcia.
- Levi, musimy ją znaleźć... - łkałam mocno ściskając ręce na jego koszulce.
- Skarbie obiecuję Ci, że ją odnajdziemy. - chwycił moją twarz w dłonie i delikatnie ucałował usta.
- Levi, tak Cię kocham. - zatapiając się w jego uścisku, próbowałam znaleźć siłę na odnalezienie spokoju i równowagi w tym całym chaosie.
- Pójdź do sklepu. Sprawdź czy Mary radzi sobie ze wszystkim, dobrze? Ja przyjadę po Ciebie za godzinę. Może być? - zaproponował.
- No dobrze. - zrezygnowana kierowałam się w stronę sklepu, do którego wysłał mnie mój mąż.
 Zastanawiałam się, czy jego dziwna zmiana planów nie ma związku z moim zachowaniem z poczucia braku córki. Bałam się, że Levi ma już tego dosyć. Choć wiedziałam, że dla niego również nie jest to łatwe.
 Postanowiłam odrzucić na bok moje dziwne myśli i nie dokładać sobie więcej zmartwień.
 Kiedy przekroczyłam dzielącą mnie odległość moim oczom ukazał się sklep. Wkładając na twarz uśmiech, wkroczyłam do środka witając pracownicę.
- Witaj Mary, jak praca?
- Dobrze, sklep odnosi sukcesy. Właśnie składałam zamówienie na dostawę. A co u Pani? Jakieś nowe wieści? - odłożyła długopis do notesu.
- Nic, ani śladu. Jakby zapadła się pod ziemię. - złapałam się za głowę, hamując nowy potok łez.
- Trzeba być dobrej myśli. - ujęła moje dłonie. - Na pewno jest bezpieczna.
- Chciałabym już tak bardzo mieć ją przy sobie. - wyznałam.
- A ona na pewno chciałaby, być przy Pani, jednak trzeba myśleć, że ta chwila nadejdzie już niebawem.
- Dziękuję. - posłałam jej ciepły uśmiech i pomogłam przy robieniu zamówień i kalkulacji kosztów.

PERFECTION 64


 Kiedy tylko wkroczyliśmy na podjazd mojego dawnego domu z dzieciństwa, instynkt rodzicielski wziął górę i nawet nie czekając, aż chłopak zgasi samochód, lotem błyskawicy znalazłam się w środku.
- Vanesso! Czy zapomniałaś, że nauczyłam Cię choć odrobinę dobrych manier? - urażona matka podniosła się z fotela widząc mnie w salonie.
- Nie igraj ze mną!
- Vanesso! Opamiętaj się! Rozmawiasz z matką. - obok starszej, idealnie ubranej kobiety stanął mój ojciec.
- Widzisz, on ją zmienił. Zmienił naszą córkę. - kobieta panicznie złapała się marynarki męża.
- Mamo, lepiej przyznaj się do tego co zrobiłaś. - starałam się panować nad złością.
- Vanesso, do diabła oświeć nas o co masz do nas pretensje?
- Gdzie zabrałaś moją Katy?! - wykrzyczałam przez łzy.
- Dziecko o czym Ty mówisz? - kobieta była przerażona moimi słowami.
- Nie kłam, że nie wiesz. To Ty zjawiłaś się niespodziewanie i więcej nie wróciłaś. Długo mi zajęło rozgryzienie jaki miałaś w tym cel, ale to...to było najgorsze co mogłaś zrobić! - po moich policzkach leciały łzy. - Jak mogłaś zabrać mi moje dziecko?
- Kochanie spokojnie. - poczułam na ramionach mocny uścisk męża.
- Vanesso, nie miałam nigdy w planach porwania Ci córki! Jak możesz tak sądzić? - kobieta była zraniona moimi słowami.
- Powiedzcie nam co się stało. - zażądał ojciec.
- Wróciliśmy do domu, tuż po naszej pierwszej nocy poślubnej. Kiedy wróciliśmy, okazało się, że nasza córka została porwana. - opowiadał Levi, a ja próbowałam zebrać myśli
- Zostawiliście dziecko same?
- Oczywiście, że nie. Moja siostra była. Ale jak się okazało ktoś sprawnie włamał się do domu.
- O mój boże. - starsza kobieta zakryła usta dłonią. - Byliście na policji? - wyglądała tak, jakby na prawdę nie miała z tym nic wspólnego. Czułam że mam mętlik w głowie.
- Oczywiście, że tak.
 - Ja chcę odzyskać moje dziecko. - błagałam zanosząc się jeszcze większym płaczem i wtedy nastąpiła rzecz, której nigdy bym się nie spodziewała. Moja matka podeszła do mnie i najzwyczajniej w świecie mnie przytuliła. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz wykazała się takim gestem, ale byłam jej bardzo wdzięczna. Potrzebowałam jej wsparcia, zwłaszcza w takiej sytuacji.
- Zawołam gosposię, żeby zrobiła nam herbaty. Porozmawiamy na spokojnie. -zaproponowała po czym odeszła.

***

Mijały dni, miesiące, a po naszej córeczce było zero śladu. Zaczęłam chodzić do sklepu, w którym przesiadywałam do późnych godzin. Nie chciałam wracać do domu, gdzie tylko bym się użalała nad stratą maleństwa. Wracałam dopiero koło 17:00, żeby przyszykować obiad dla Leviego, który wracał zmęczony z treningów.
 Nocami zasypianie było najgorsze. Oboje z Levim leżeliśmy w łóżku, wspierając się wzajemnie, ale też łkając do poduszki. Oboje cierpieliśmy z powodu tak wielkiej straty. Nie życzyłabym tego żadnej matce.

PERFECTION 63


 - Jak? Co powiedziałaś? - zszokowany Levi nie dowierzał własnym uszom. - Powiedz, że żartujesz...
- Przepraszam. Kładłam ją wczoraj do snu i nic się nie działo. Drzwi były zamknięte na wszystkie zamki, okna nawet nie otwarte. Levi, wstałam rano i jej nie było. - rozpłakała się jeszcze bardziej.
- Jak mogłaś?! Megan! Trzeba było zadzwonić od razu! - rozzłoszczony chłopak obrzucał ją oskarżeniami, a ja? Ja czułam jak ziemia rozpływa mi się pod nogami. - Do cholery my Ci zaufaliśmy!
- Levi! To nie jej wina. - broniłam dziewczyny, która i tak była już wystarczająco zrozpaczona.
 Zrezygnowana opadłam na ziemię i zaniosłam się płaczem. Czułam jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi.
- Kochanie... - poczułam oplatające mnie ramiona męża.
- Moje dziecko... Moja mała Katy...
- Dzwoniłaś na policję?
- Nie.
- Pięknie. Nie wiem na co czekałaś. - zdenerwowany chłopak wyjął z kieszeni telefon i wybrał numer zgłaszając zaginięcie naszej córeczki.
 Po niecałych 30 minutach, w naszym domu zjawili się policjanci. Zebrali wszystkie informacje i obiecali, że zajmą się ta sprawą niezwłocznie.
- Czy mają Państwo zdjęcie córki? Będzie nam potrzebne do identyfikacji dziecka.
-Tak. Proszę. - wyjęłam jedno ze zdjęć stojących w ramkach i podałam je mężczyźnie.
 Po wszystkim mężczyźni opuścili nasze mieszkanie. Zostałam sama z moim mężem i bratową, która była również w takiej rozsypce co ja. Levi nie zamienił z nią nawet jednego słowa. Czułam się z tym jeszcze gorzej. Przecież to nie była wina Meg, że ktoś porwał nasze maleństwo.
 Po dziesięciu minutach w pokoju zjawił się chłopak z dwoma kubkami herbaty. Podał jeden mi, a jeden Megan i bez słowa wtulił się we mnie niczym małe dziecko. Był również zrozpaczony, mimo iż nie była ona jego biologiczną córką.
 Pozwoliłam mu położyć głowę na moich kolanach i spokojnie gładziłam ręką jego włosy. Oboje byliśmy w rozsypce, a bezradność jaka nam towarzyszyła była nie do zniesienia.
- Levi, braciszku...przepraszam was tak bardzo.
- Meg, nic już nie mów. - powiedział oschle.
Widziałam jak dziewczyna źle się czuje z tymi osądami, ale nie miałam siły by temu zaradzić.
 Zrezygnowana w ciszy opuściła nasze mieszkanie, pozwalając nam zatopić się wspólnie w rozpaczy.
- Jak ona mogła nam to zrobić? - usłyszałam w głosie chłopaka załamanie.
- Levi, to nie jej wina. Ona nie wiedziała. W końcu zabezpieczyła wszystko, skąd mogła wiedzieć, że ktoś się włamie? - starałam się załagodzić sprawę.
- Mogliśmy wracać do domu i zostać z naszym dzieckiem.
- Kochanie, teraz nie ma co gdybać. Pozostaje nam jedynie czekać. - przez myśl przebiegło mnie wspomnienie, kiedy to moja matka odwiedziła nas niespodziewanie. - Levi...
- Co się stało?
- A co jeśli...moja matka ją porwała? - powiedziałam to z przerażeniem.
- Kochanie, nie wygaduj farmazonów. Po co miałaby to robić? - był zaskoczony moim stwierdzeniem.
- Nie wiem, ale muszę to sprawdzić. Jedźmy! - rozkazałam i nie czekając na chłopaka znalazłam się w korytarzu zakładając płaszcz.

PERFECTION 62


 Wesele trwało w najlepsze, a po przetańczonej nocy, postanowiliśmy zatrzymać się w hotelu. Katy miała zająć się Megan, więc spokojnie mogliśmy pozwolić sobie na taki wyskok.
 Poczułam przedzierające się promienie słońca, które niemiłosiernie opadały na moją twarz. Leniwie przeciągnęłam się na łóżku i spojrzałam na śpiącego obok Leviego. Od wczoraj oficjalnie mojego męża.
 Spał spokojnie oddychając płytko i równo. Jedną rękę miał zarzuconą wokół mojego brzucha, a drugą niezdarnie okrywał swoją twarz. Nie mogłam oprzeć się pokusie odgarnięcia tych rozczochranych kosmyków włosów. Tak więc zrobiłam to.
 Na mój czuły gest, jego zielone oczy ukazały się w pełnej okazałości, wpatrując w moje z miłością i szczęściem. Leniwie przeciągnął się i jednym ruchem ręki przyciągnął mnie do siebie.
 - Witam moją ukochaną żonkę. - wyszeptał wprost w moje ucho, przez co po ciele przeszedł mnie przyjemny dreszcz.
- Witam mojego ukochanego męża. - nie zwlekałam z odpowiedzią.
- Jak Ci minęła noc z myślą, że jesteś już szczęśliwą mężatką? - ujął w dłoń moją prawą rękę i przejechał kciukiem po widniejącej na serdecznym palcu obrączce.
- Najlepiej. Nigdy nie czułam się tak wspaniale. - odwróciłam się w jego stronę, by zatopić się w jego pełnych ustach.
- Może tak wyjdziemy z łóżka i udamy się do naszego domu? - zaproponował. - Katy pewnie jest bardzo stęskniona za swoimi rodzicami.
- Masz rację. Mam jakieś dziwne przeczucia. To co, jakieś szybkie śniadanie i powrót do domu? Czy może od razu kierunek dom?
- Możemy zajechać na miłe śniadanko do jakiejś przyjemnej restauracji. Twój mąż stawia. -oboje roześmiani i w dobrych nastrojach wyszliśmy z łóżka.
 Wyszykowanie się nie zajęło nam wcale zbyt wiele czasu. Zaradnie przyodzialiśmy świeże ubrania i trzymając się za ręce opuściliśmy pokój hotelowy. Oddaliśmy klucze na recepcję, opłacając wszystkie koszty i stojąc pod hotelem, czekaliśmy na zamówioną taksówkę.
 - Mogliśmy przyjechać samochodem. - westchnęłam znudzona tym oczekiwaniem.
- Oj kochanie, najmocniej przepraszam, że ostatniej nocy tak wspaniale się bawiłem na naszym weselu, że z tego wszystkiego zapomniałem zabrać samochodu. - oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
- Kocham Cię Levi. - objęłam go mocno w pasie.
- A ja Ciebie, najcudowniejsza istoto na ziemi. - wypowiedział te słowa mocno wpijając się w moje usta.
 Czułam tą wielką miłość do niego zbierającą się w moim ciele i sercu, która z dnia na dzień wzrastała. Wiedziałam, że razem możemy zdobyć wszystko. Mając naszą miłość i wiarę w lepsze jutro nic nie mogło stanąć nam na przeszkodzie.
 Po godzinie spokojnie przekroczyliśmy próg domu, w którym czekała na nas Megan.
- Witamy wszystkich! Wróciliśmy. - zawołał chłopak zamykając drzwi wejściowe.
 Powolnym krokiem do salonu weszła zapłakana Megan. Wiedziałam, że musiało wydarzyć się coś złego, jednak nie wiedziałam co.
- Megan, proszę powiedz, że to nie jest to co przeczuwam. - mówiłam łamiącym się głosem. - Gdzie jest Katy?
- Katy zniknęła.

PERFECTION 61


 Minęły trzy miesiące, a ja jestem najszczęśliwszą kobietą na ziemi. Mam cudownego narzeczonego z którym już za dwa miesiące biorę ślub, wychowujemy piękną córeczkę, a co najlepsze postanowiliśmy się starać o kolejne nasze maleństwo.
 Od ostatnich niespodziewanych odwiedzin, mama nie pokazała się ani razu. Na szczęście moje obawy były bezpodstawne, ponieważ nic złego się nie dzieje.
 - Kochanie przetnij to w końcu! - usłyszałam ponaglający mnie głos narzeczonego.
- No dobrze, dobrze. Już się uspokójcie. - chwyciłam czerwoną wstążkę i jednym sprawnym ruchem przecięłam ją. - Sklep Fashionitas uważam za otwarty!
 Wokół mnie rozbrzmiały się gromkie brawa. Poczułam mocny uścisk w pasie, ale nie przestraszyłam się. Wiedziałam, że to Levi.
- Mary, zaproś wszystkich do środka. - poprosiłam moja pracownicę.
- Cieszę się, że jesteś taka szczęśliwa.
- Dziękuję Ci, za to że kupiłeś dla mnie ten lokal. Mogę nareszcie wrócić do swojej pracy. -zarzuciłam mu ręce na szyję i mocno zatopiłam w jego ustach.
- Wszystko po to aby widzieć ten piękny uśmiech na Twoich ustach. - przejechał kciukiem wzdłuż linii moich warg. - Dam Ci wszystko czego zapragniesz Van.
- Levi, już mi dałeś wszystko. - ujęłam jego twarz w dłonie i przelałam całą wdzięczność w ten pocałunek. - Dziękuję. - oparłam czoło o jego i napawałam się tymi chwilami szczęścia.
- Nie dziękuj, bo najlepsze jest dopiero przed nami. - objął mnie w pasie i kierował w stronę lokalu.

***
- Van! No chodź! - ponaglała mnie Megan.
- Zaczepiłam się. - delikatnie szarpałam materiałem białej sukni.
- Jak zwykle, przecież wesele nie mogło odbyć się bez jakiejś małej wpadki lub spóźnionej Panny młodej. - mówiła odczepiając materiał sukienki. - A teraz chodź już, bo naprawdę się spóźnisz na własny ślub. - chwyciła moją dłoń i pociągnęła prosto po schodach.
 Tak to dzisiaj miałam zostać oficjalnie żoną Leviego. Fakt, że nie mogliśmy wziąć kościelnego ślubu nie był dla nas żadną przeszkodą. Postanowiliśmy z Levim złożyć przysięgę przy urzędniku. W końcu co za różnica gdzie, ważne że będziemy razem w tak szczególnej chwili.
 Kiedy tylko zajęłam miejsce obok mojego przyszłego męża, nie uszło mojej uwadze jego rozbawienie.
- To nie jest zabawne. - skierowałam w jego stronę ciche słowa.
- Nie wierzę, że zmieniłem Cię aż tak, że spóźniasz się na własny ślub. - oboje wybuchnęliśmy cichym śmiechem, po czym skupiliśmy się na słowach stojącej naprzeciw nas kobiety.
 Po całej pięknej ceremonii udaliśmy się do sali brata Leviego, gdzie odbyła się dalsza część imprezy.
 Tańcząc nasz pierwszy wspólny taniec oparłam głowę na ramieniu chłopaka i pozwalałam prowadzić się w rytm muzyki. Nie mogłam uwierzyć w to, że jestem jego żoną, że nareszcie mogę mieć szczęśliwą rodzinę.
- Od dzisiaj mogę nazywać Cię najpiękniejszą żoną. - wyszeptał mi do ucha.
- A ja najcudowniejszym mężem. - spojrzałam w jego oczy, czując ogarniający mnie spokój.
- Nikt nie jest w stanie zniszczyć nam tego dnia. - wypowiedział te słowa z taką pewnością, że i ja w to uwierzyłam.
- Kocham Cię tak bardzo. Nad życie. - ujęłam dłonią jego policzek.
- I tysiąc lat dłużej. - z uśmiechem na ustach zatopił nasze usta w pocałunku.

PERFECTION 60


 Weszłam do pokoju dziecka i spokojnie wzięłam malutką na ręce.
- Kochanie, mamusia już jest. Już jest wszystko dobrze. - ucałowałam ją w czółko i przytuliłam do piersi.
 Widziałam jak pod wpływem mojego ciepła uspokaja się.
 To najwspanialsze uczucie na świecie. Wpatrywać się w tak maleńką istotkę, którą do niedawna nosiło się pod sercem. Stałaś przy kuchence robiąc obiad i czułaś jak rusza się w tobie, jak wymachuje nóżkami dając znać, że jest przy tobie i za niedługo będzie obok ciebie. A teraz..trzymasz w rękach cały swój świat i zrobisz wszystko, aby ta istotka była bezpieczna, szczęśliwa i miała wszystko.
- Kochanie!
- No cóż, tatuś chyba nie może sobie poradzić z nieproszonym gościem. - oznajmiłam naszej córeczce, po czym okrywając ją kocykiem ruszyłam do czekającego w korytarzu narzeczonego. - Co się stało?
- Ktoś do Ciebie. - wskazał miejsce obok siebie.
- Mama? - na jej widok czułam jak stopy zatapiają mi się w ziemię i nie mogę wykonać żadnego ruchu.
 Szok jaki przeżyłam był nie do opisania. Jeszcze kilka miesięcy temu mówiła, że mam się nie pokazywać w ich rodzinnym domu, a teraz przychodzi do mnie sama. To musiało oznaczać kłopoty, albo jakieś trudne stacje rodzinne.
- Będziesz się tak wpatrywała we mnie jakbyś widziała ducha? Vanesso, kultura wymaga zaprosić do środka. Chyba tego Cię nauczyłam. - w jej głosie dało się wyczuć pogardę dla mojego braku wychowania.
- Proszę, niech Pani wejdzie. - na szczęście Levi wydawał się być opanowany.
- Dziękuję. - wdzięcznym krokiem weszła do środka zostawiając na wieszaku swój płaszcz.
 Przyszykowałam mamie kawę, którą zawsze piła, kiedy odwiedzała mnie w moim dawnym mieszkaniu i postawiłam ją w porcelanowej filiżance.
- Mamo...co jest powodem Twoich odwiedzin? - postanowiłam wykonać pierwszy krok i zapytać ją o to najdelikatniej jak potrafiłam.
- Chciałam zobaczyć moją wnuczkę. Vance mówił, że już się urodziła. - skarciła mnie wzrokiem. - Nawet nie raczyłaś nas poinformować.
- Myślałam, że nie chcesz jej widzieć.
- Vanesso, to moja wnuczka! Jak mogłaś tak pomyśleć? - skarciła mnie.
- Przepraszam.
- Proszę się nie denerwować. Oto ona. - Levi niczym anioł zjawił się z dzieckiem na rękach i przekazał dziewczynkę jej babci.
- Jaka ona piękna. - kobieta zachwyciła się widokiem maleństwa. - Spójrz Vanesso. Ma takie same usta jak Twoje i robi też takie miny przez sen. Pamiętam jak Ty robiłaś podobne.
 Pełna szoku wpatrywałam się w swoją matkę, która pierwszy raz pokazała prawdziwie szczęśliwy wyraz twarzy. Jednak dziecko potrafi czynić cuda.
- Jak się nazywa?
- Katherine.
- Mogliście wybrać jakieś lepsze imię. Vivien albo Victoria. - jak zwykle musiała zrujnować każdą dobrą chwilę.
- To imię znaczy wiele dla Leviego. - sprostowałam, jednak ona nie zwracała na to uwagi.
  Po godzinie odwiedzin postanowiła wracać do domu. Pożegnała się ze mną i Levim po czym opuściła nasz dom.
- Widzisz kochanie, nie było tak źle. - spokojny chłopak objął mnie ramieniem, przytulając do swej piersi.
- Mam złe przeczucia. Ona nigdy nie przychodziła z takimi intencjami. Wpatrywała się dziwnie w naszą córeczkę. Levi musimy jej pilnować. - spojrzałam na niego błagalnym wzrokiem.
- Kochanie, nic wam się nie stanie. Przy mnie jesteście bezpieczne. - ucałował moje czoło.
 Tego potrzebowałam. Jego zapewnień, że wszystko będzie dobrze. Jego wsparcie było dla mnie największą podporą.

PERFECTION 59


 Dni upływały szybko, ciągłe obowiązki związane z dzieckiem i przygotowaniami obiadu dla narzeczonego nie okazały się być takie ciężkie. Opieka nad maleństwem sprawiała mi wiele radości. To niesamowite móc mieć kogoś tak cudownego jak mała cząstka ciebie, która z dnia na dzień przywołuje uśmiech na twoją twarz.
 - Cześć kochanie. - w progu drzwi przywitał mnie narzeczony.
- Zmęczony? - posłałam pokrzepiający uśmiech w jego stronę.
- I to jeszcze jak. Nawet nie wiesz jak trener dał nam popalić. - mówił opadając na krzesło.
- W końcu należało wam się. Balowanie wczorajszej nocy i przyjście na kacu na trening wcale nie było dobrym pomysłem. - postawiłam przed nim talerz z jedzeniem.
- Kochanie, powinien to zrozumieć. W końcu opijaliśmy zdrowie naszej małej Katy.
- Tak Levi. Czwarty raz. - pokręciłam zrezygnowana głową.
Nie drążyłam dalszego tematu, uznałam to za bezsensowne.
- Jak sklep? - mówił z buzią pełną jedzenia.
- Chyba zamknę go. Odnowienie wszystkiego jest nieopłacalne. Więcej pieniędzy pójdzie w remont niż to warte. - zrezygnowana oparłam się o blat kuchenny.
- Kochanie, nie przejmuj się. Znajdziemy jakieś inne lokum i otworzymy po prostu w innym miejscu. - jakby wyczuł moje potrzeby, w jednej chwili znalazł się obok mnie.
- Levi, czy to ma w ogóle sens?
- Kochanie, chciałaś tak bardzo mieć swój sklep. Otworzyłaś go, więc uważam, że to ma sens. W końcu będziesz robić coś co lubisz. - ujął moją twarz w dłonie i nakierował nasze spojrzenie na siebie.
- Może masz rację. - minęło tyle czasu, a ja wpatrując się w jego oczy, nadal czułam jak się rozpływam.
- Skarbie, zawsze ją mam. - przysunął się i ucałował moje usta.
 Pocałunkami zjeżdżał wzdłuż mojej szyi, zatrzymując się na rozcięciu bluzki tuż przy biuście. Palcami sprawnie odgarnął przeszkadzający mu materiał i zatopił się w obdarowywaniu pocałunkami moich piersi.
 Moje ciało przepełniała fala ciepła i pożądania, które dawało się we znaki tuż między moimi nogami.
- Levi... - z moich ust wydobył się cichy, ochrypły dźwięk.
- Wiem kochanie. Czuję to samo. - sprawnie podnosząc mnie do góry, usadził na zimnym, kuchennym blacie i nie czekając na moje prośby znalazł się między moimi nogami, czule całując usta. Jednym sprawnym ruchem pozbyłam się jego koszulki, odsłaniając przyjemny w dotyku tors. Z chwili na chwilę w małym pomieszczeniu, w powietrzu zaczęła unosić się namiętność wypływająca z naszych ciał.
 Jak na złość po mieszkaniu rozległ się dźwięk dzwonka.
- Nie otwieraj. - chłopak próbował nie rozdzielać naszych ust.
- Levi, to pewnie ktoś ważny. - starałam się odgonić mojego narzeczonego.
- Przyjdzie innym razem. - chwytając moje biodra, przyciągnął mnie bliżej siebie, przez co czułam jak jego męskość staje się coraz to bardziej gotowa do działania.
- Jak widzisz nie. - oznajmiłam słysząc jak kolejny raz, ktoś upierdliwie dzwoni do drzwi. -Pięknie. - odepchnęłam bruneta, słysząc jak do kompletu dochodzi płacz dziecka.
 Zrezygnowany chłopak wciągnął na siebie granatową koszulkę i ostatni raz ucałował moje wargi.
- Idź do dziecka, a ja sprawdzę kto to. - wypowiedział te słowa całując czubek mojego nosa, po czym ruszył w kierunku drzwi.
 Nie pozostało mi nic innego jak pójść do płaczącego dziecka.

PERFECTION 58


 Odwiedzinom i gratulacji nie było końca przez całe dwa dni. Wszyscy przyjeżdżali i przebywali w towarzystwie małej dziewczynki, której nie przeszkadzało przekazywanie jej sobie z rąk do rąk. Grzecznie spała przez cały ten czas.
 Kiedy ostatni goście opuścili nasz dom mogłam spokojnie odetchnąć.
- Nareszcie ja mogę zająć się moją maleńką córeczką. - uradowany chłopak wziął na ręce dziewczynkę i ucałował ją.
 Wpatrując się w trzymającego w silnych objęciach ramion dziecko, widziałam nie chłopaka, który do niedawna zajeżdżał srebrną audi i zabierał swoją wybrankę na długie wycieczki, lecz odpowiedzialnego mężczyznę, który dla bezpieczeństwa swojej rodziny zrobi wszystko.
 Mimowolnie uśmiechnęłam się na ten widok. Spokojnie podeszłam do chłopaka i zatopiłam się we wspólnym uścisku.
- Dziękuję Ci Van. - powiedział odrywając usta od mojego czoła.
- Za co? - byłam troszeczkę skołowana jego wyznaniem.
- Dałaś mi rodzinę. Mam Ciebie, Katy. Mam do kogo wracać do domu po treningach. Mam o kogo dbać, martwić się. - wymieniał
- Levi, Ty mi dałeś o wiele więcej. Wprowadziłeś w moje życie odrobinę chaosu, który tak pokochałam. Odmieniłeś wszystko. - wpatrywałam się w jego błyszczące, zielone oczy.
- I zostanę już na zawsze za pewne wprowadzając jeszcze nie jeden bałagan. - zaśmiał się dotykając pierścionka na palcu.
 Nasze chwile intymności przerwał dźwięk dzwonka.
- Spodziewasz się kogoś? - spytałam narzeczonego, który był również zdziwiony jak ja. -Pójdę otworzyć.
 Oderwałam się od tych uwielbianych, ciepłych ramion i podążałam w kierunku drzwi. W obawie najgorszego ostrożnie chwyciłam klamkę i uchyliłam lekko drewniane drzwi.
- No witaj Van!!! - usłyszałam jednogłośne krzyknięcie grupy chłopaków.
- Jasne, wcale się nie spodziewał. - powiedziałam pod nosem wpuszczając bandę mężczyzn do środka.
 Wszyscy jak jeden mąż zebrali się obok Leviego i gratulowali mu tak pięknej córeczki, z której był dumny. Jednak te głośne okrzyki i wiwaty jakie temu wszystkiemu towarzyszyły, były zbyt wielkie dla maleństwa, które potrzebowało tak wiele ciszy i spokoju.
- Wybaczcie, ale nasze maleństwo musi odpocząć. - przechwyciłam dziecko z rąk chłopaka.
- No tak, masz rację kochanie. Zabierz ją do pokoju. Niech sobie spokojnie pośpi. - Levi ostatni raz ucałował malutką istotkę i pochłonął się we wspólnych rozmowach z kolegami.
 Widać było, że są dla niego ważni. W końcu co się dziwić. Wiele meczy wygranych wspólnie oraz masa czasu poświęcona na treningi robi swoje. Postanowiłam nie być obojętna na ich przyjście i przyszykować na szybko jakieś jedzenie. Na pewno banda tych wysportowanych piłkarzy była głodna.
 Nie myliłam się, kiedy tylko przyniosłam jedzenie od razu wszyscy rzucili się na talerze.
- Levi, trafił Ci się prawdziwy anioł. Moja Mela nie pomyślałaby nawet o przyrządzeniu jakiegoś jedzenia. - zauważył jeden z kolegów.
- Wiem, prawdziwy anioł. - objął mnie w pasie i namiętnie ucałował. - A na domiar tego, chcę wam powiedzieć, że niedługo zostanie moją żoną. - wskazał na pierścionek widniejący na moim palcu.
- Chłopaki szykuje się wesele! - kolejny raz w salonie zapanował hałas.
- Dziecko! - ostrzegłam ich na co wszyscy naraz zamilkli, lecz również z wielkim entuzjazmem gratulowali mojemu przyszłemu mężowi.

PERFECTION 57


 W drzwiach sali stanął Vance z bukietem kwiatów i wielkim białym, pluszowym misiem. Odruchowo wzmocniłam uścisk mojego dziecka, przyciągając ją do mojej piersi, a drugą ręką ścisnęłam dłoń narzeczonego. 
- Słyszałem, że jesteś w szpitalu. Porodu sam się domyśliłem. - wyprzedził moje pytanie podchodząc do łóżka.
- Po co przyszedłeś? - głos Leviego przepełniony był nienawiścią.
- Zobaczyć się z córką. - wskazał na maleństwo w moich rękach. - Chyba mam prawo, prawda? W końcu ja jestem ojcem. - w jego oczach widziałam triumf nad Levim.
- Ona nie jest Twoją córką. - sprowadziłam go na Ziemię. - Levi istnieje jako jej ojciec. - na moje słowa jego twarz przybrała niejednoznaczny wyraz.
  Nie do końca wiedziałam czy jest tym rozbawiony, zdenerwowany czy może poirytowany. Stał zwyczajnie naprzeciw łóżka i wpatrywał się w maleńką istotkę. Może bił się ze swoimi myślami. Zastanawiał się co powinien zrobić.
- Ja jestem jej biologicznym ojcem. To ja ją spłodziłem! - jego głos był podenerwowany.
- Poprzez gwałt! - pospiesznie dodał stojący obok mnie Levi.
- To nie był gwałt. - zmierzył go wzrokiem. - Mam do niej prawo takie samo jak i Ty. - te słowa skierował wprost do mnie. - Chcę ją potrzymać.
- Nie ma mowy. - jeszcze bardziej objęłam dziecko.
- Vanesso, bądź rozsądna! - jego ton głosu brzmiał jak ostrzeżenie. 
 - Nie Vance - starałam się być stanowcza.
- Pożałujesz tego. - rzucił bukiet na podłogę i zdenerwowany opuścił sale.
- Przepraszam Cię malutka. Tak bardzo Cię przepraszam. - ucałowałam jej drobne, pulchniutkie policzki.
- Van...Van! - poczułam mocne szarpnięcie mną, przez co odwróciłam się w stronę chłopaka. - Obronię was. Zawsze i wszędzie.
- Wiem Levi, wiem. 
 Oboje wpatrywaliśmy się w tą małą istotkę. Od teraz musimy strzec jej niczym skarb.

***

Nareszcie poczułam ulgę opuszczając mury szpitala. Wszystkie wyniki były poprawne, więc lekarze nie widzieli sensu trzymania nas tutaj dłużej.
- Kochanie daj, wsadzę ją. - mój dzielny narzeczony przejął dziecko w swoje ręce, zapinając ją w fotelik. - Widzisz, tatuś przygotował wszystko dla mojej malutkiej księżniczki.
- Levi, musimy jechać. - ponaglałam go czując dziwny wzrok na sobie.
- Mamusia ma rację. - ucałował jej czółko przykryte różową czapeczką i zamknął drzwi. 
- Tak więc jedźmy. - skierował te słowa w moją stronę i pozostawiając ciepły pocałunek zajął miejsce kierowcy, a ja obok malutkiej istotki.
Tak bardzo cieszyłam się, że nareszcie mogę mieć pełną rodzinę. Ja, Levi, Kathy. Nie  mogłam napatrzeć się na ten cud, który niedawno urodziłam. Od kiedy tylko pojawiła się na świecie, jedyne czego pragnę to jej szczęścia. Dam jej wszystko czego będzie chciała. Wiem, że mogę.
 Ciekawe jak zareagowałaby moja matka widząc wnuczkę. Cieszyłaby się, czy może wyrzuciła za próg?
- Kochanie o czym myślisz? - z rozmyśleń wyrwał mnie Levi, wpatrujący się we mnie ze wstecznego lusterka.
- Że mamy wielkie szczęście. - nie wyznałam mu do końca prawdy.
 W spokoju i ciszy dojechaliśmy do naszego domu.

PERFECTION 56


 Po dwóch godzinach męczącego porodu, doprowadzona do porządku leżałam w sali szpitalnej wraz z naszą malutką córeczką. Kochany maluszek grzecznie drzemał w moich ramionach, czując bijącą ode mnie miłość.
- Tak, jest zdrowa. - w tle odbijał się głos Leviego. - Nie, jutro przyjedźcie jeśli chcecie. Vanessa jest zmęczona. Tak dwie godziny porodu robią swoje. - odwrócił się w moją stronę. - Mama Cię pozdrawia. - wyszeptałam ciche dziękuję w jego stronę i wróciłam wzrokiem na moja małą kruszynkę.
 Tak bardzo pragnęłam tego dnia, kiedy nareszcie będę trzymać w ramionach maleństwo, na które przeleję swoją miłość. To będzie najszczęśliwsze dziecko na świecie.
- Jak się czujesz? - obok mnie na szpitalnym łóżku usiadł Levi.
- Zmęczona, ale szczęśliwa. - przyznałam nadal nie spuszczając wzroku z małej istotki.
- Daj ją. - wyciągnął ręce w stronę pasierbicy - Zajmę się nią a Ty odpocznij. - ucałował moje czoło.
- No dobrze.
 Po trwającym wiele godzin zmęczeniu pozwoliłam swoim myślom odpłynąć.
 Obudziłam się dopiero następnego dnia. Wokół mojego łóżka zebrało się wiele postaci. Oczywiście nie był to nikt inny jak rodzina Leviego. Na mój widok zaczęli mi gratulować.
- Macie już przygotowany pokój dla dziecka? - zapytała matka chłopaka przejmując małą na ręce.
- Właściwie to...
- Tak. - Levi wciął się w moje słowa, na co spojrzałam na niego oskarżającym wzrokiem.
- A ubranka? Przybory do kąpania?
- Niech się Pani nie zamartwia. Wszystko jest już przyszykowane. - starałam się uspokoić kobietę.
- No dobrze dziecko. - westchnęła pokazując wnuczkę mężowi.
 Oboje zachwycali się tym, jak los przyniósł im piękną wnuczkę. Szkoda tylko, że to nie Levi był ojcem, a faktycznie to dzięki Vancowi mała jest tutaj z nami...Już pomijałam to, że narodziła się w wyniku gwałtu, ale rodzice Leviego nie mogą się o tym dowiedzieć.
- A jak się nazywa? - dopiero słysząc to pytanie uświadomiłam sobie, że z przypływu tych wszystkich zdarzeń nie miałam nawet czasu na to, żeby wybrać imię dla maleństwa.
- Katherine. - Levi w zabójczym tempie opanował sytuację.
- Jak pięknie! - zachwycała się kobieta.
 Po godzinie każdy z gości ruszył do swoich domów. Na sali szpitalnej został jedynie mój narzeczony. Był dla mnie wielkim oparciem w trudnych chwilach, które razem przeszliśmy. Nie żałuję podjęcia decyzji o rozwodzie, zwłaszcza że w tej chwili jestem najszczęśliwszą kobietą na ziemi.
- Dziękuję. - powiedziałam wpatrując się w bruneta.
- Za co? - był rozbawiony moim wyznaniem.
- Za Twoje oparcie, nie wiem co bym bez Ciebie zrobiła. - wolną dłonią chwyciłam jego rękę i przyłożyłam ją do policzka chłopaka
- Zawsze będę, w każdej złej i dobrej chwili. Obiecuję Ci to. - ucałował moje czoło, a następnie zwrócił się do malutkiej dziewczynki. - Tobą też zaopiekuję się najlepiej jak potrafię. - również złożył pocałunek na jej malutkim czole.
 Zadowolona napawałam się ta wyjątkową chwilą ze spokojem, do momentu kiedy nie usłyszałam tego znienawidzonego głosu, który wyrządził mi tak wiele krzywd.

PERFECTION 55


 Po powrocie do domu dostałam mocnej migreny. Głowa pulsowała mi od nadmiaru bólu, a do tego wszystkiego dochodziły niespokojne ruchy dziecka. Obawiałam się, że stres, który przechodziłam kilkanaście minut temu, działa źle na dziecko.
 Panicznie przytrzymałam się blatu kuchennego nabierając kilka głębszych wdechów. Ból w brzuchu stawał się coraz bardziej wyczerpujący. Zaczynały pojawiać się skurcze.
 Doskonale wiedziałam co za moment się wydarzy.
 - Levi... - ledwo wypowiedziałam jego imię opadając z sił.
- Co? - na mój widok spoważniał i nim minęła sekunda pojawił się obok mnie prowadząc mnie prosto na kanapę. - Co się dzieje? - jego głos był łamiący się.
- Dziecko... - mówiłam i w tym momencie poczułam spływającą ciecz po moich nogach.
- Co się dzieje? - brunet wydawał się być tym wystraszony
- Rodzę! - krzyknęłam.
- Jak to? Już? Co ja mam zrobić? - panikował obracając się kilka razy wokół siebie.
- Zadzwoń po karetkę. - mówiłam biorąc kilka głębszych wdechów.
- Tak. - rozejrzał się po pomieszczeniu. - Gdzie jest ten przeklęty telefon??? - podbiegł do szafki i wykręcił podstawowy numer.
 Nie słyszałam jego rozmowy bo ból powodował u mnie mocne zaciskanie się rąk wokół podłokietnika.
- Przeklęte londyńskie służby. Jak zwykle trzeba na nie długo czekać. - zaklął pod nosem. -Chodź, zawiozę Cię na oddział. Będzie szybciej niż ta przeklęta karetka. - próbował pomóc mi wstać.
  Bez sprzeciwów, powstrzymując chęci wykrzyczenia się, ubrałam kurtkę i usiadłam na miejscu pasażera. Całą drogę mocno ściskałam klamkę drzwi, aż na całe szczęście lekarz przyjął mnie natychmiast przygotowując salę.
- Pan jest ojcem? - zwrócił się w stronę bruneta.
- Tak. - powiedział pewnie.
- Chce Pan być przy porodzie?
- Oczywiście, że tak!
 Bez chwili zwłoki mój narzeczony odszedł w pomieszczenie obok zostawiając mnie z pielęgniarkami, które pomagały przygotować mnie do porodu.
- Van, kochanie! - usłyszałam jego głos, a po chwili mocny uścisk mojej dłoni.
- Levi... - mówiłam ściskając rękę z bólu.
- Jestem przy Tobie. - uniósł moją dłoń do ust i ucałował.
 Wpatrywałam się w jego oczy, przepełnione troską i zmartwieniem. Przeżywał wszystko razem ze mną. To go wyróżniało od Vanca. Był moja podporą w trudnych chwilach.
- Auć!! - krzyknęłam czując kolejny raz mocne skurcze.
- Witam wszystkich. - na salę wszedł ubrany w zielony fartuch lekarz. - Zaczynajmy.
 Już po chwili wszystko toczyło się szybko, a ja wydawałam na świat moje maleństwo.

22.05.2019

PERFECTION 54


 Spanikowana nie mogłam uwierzyć w słowa pracownicy.
- Van, co się stało? - zmartwiony brunet podbiegł do mnie, podpierając się ramieniem.
- Musimy jechać do sklepu.
- Teraz? - nie krył swojego zdziwienia
- Tak! Póki jeszcze coś z niego zostało. - panicznie zbierałam swoje rzeczy. - No co tak stoisz?! Zawieź mnie! - krzyczałam do skołowanego chłopaka.
- Najpierw powiedz o co chodzi!
- Sklep się pali! Muszę tam pojechać. - wręcz błagałam go o zrozumienie.
 Bez większych ceregieli odszukał kluczyki od samochodu i po chwili oboje kierowaliśmy się w stronę mojego lokalu. W duchu modliłam się o to, by wszystko okazało się jednym, wielkim snem, z którego zaraz się obudzę.
 W dosyć szybkim tempie dojechaliśmy na miejsce. Od tego momentu wszystko działo się mechanicznie i bardzo szybko. Grupa strażaków gasiła palący się budynek, zbiegowisko ludzi wpatrywało się w tą katastrofę, a Mary stała zapłakana nie mogąc nic zrobić.
- Mary! - zawołałam w jej stronę.
- Pani Vanesso. - podbiegła w moją stronę i mocno przytuliła. - Nie mam pojęcia jak to się stało.
- Opowiedz wszystko od początku. - starałam się ją jakoś uspokoić, jednak sama dusiłam w sobie te wszystkie złe emocje.
- Siedziałam w pracy, jak zawsze. Klienci robili zamówienia, cały czas siedziałam na recepcji. W pewnym momencie poczułam zapach dymu. - przełknęła ślinę. - Weszłam na zaplecze i ujrzałam ogień. Od razu zawiadomiłam straż i Panią, jednak ogień się rozprzestrzeniał. Wyprosiłam wszystkich klientów i nawet nie zdążyłam zabrać swoich rzeczy. To wszystko działo się tak szybko... - żaliła się.
- Już dobrze. - mocno ją objęłam. - Zwrócę Ci wszystkie koszty za poniesione straty. Nie musisz się o to martwić.
- Pani Vanesso, nie widziałam aby ktoś wchodził. Przecież siedziałam cały czas na recepcji. Sama nie podłożyłam ognia.
- Wiem o tym. Nawet Ciebie nie podejrzewałam.Jesteś ostatnią osobą, która była by zdolna do czegoś takiego. - uspokajałam kobietę.
- Przepraszam. - podszedł do nas starszy policjant w niebieskim mundurze. - Chciałbym, aby Pani złożyła zeznania. - skierował słowa do mojej pracownicy.
- No dobrze. - minęła chwila zanim kobieta opowiedziała całą historię na nowo.
- Czy mają Panie jakieś podejrzenia co do osoby, która mogła podrzucić ogień?
 Obie spojrzałyśmy na siebie. Doskonale wiedziałyśmy kto był do tego zdolny, jednak czy chciałam oddać go w ręce policji?
 Postanowiłam nie mieszać go w to i nie przyznawać się do przypuszczeń. W przeciwieństwie do niego, potrafię rozwiązać sprawy polubownie.
 Przypływ emocji i wydarzeń okazał się zbyt wielki jak na jeden dzień, dlatego poczułam mocne zawroty głowy i lekkie ukłucia w brzuchu.
- Van, jedźmy do domu. - poczułam na ramieniu dłoń Leviego. - Powinnaś odpocząć, aby nic nie stało się dziecku.
- Masz rację. - spojrzałam na niego z podziękowaniem. - Mary, powinnaś również jechać do domu. Strażacy zagaszą pożar, a policja wszystkim się zajmie. Podałam im numer telefonu, więc w razie problemów będą dzwonić do mnie.
 Zrozpaczona kobieta przytaknęła i każde z nas rozeszło się w swoją stronę.

17.05.2019

PERFECTION 53


 Wpatrywałam się w pierścionek i nie mogłam pojąć tego wszystkiego. Levi miał rację. Skoro oboje się kochamy i mamy wychowywać wspólnie dziecko, to powinniśmy stać się małżeństwem.
- Ciociu Van! - usłyszałam dobiegający z korytarza głos Abby.
- Tak? - kucnęłam przy niej.
- Przyszłam się pożegnać. Mama już przyjechała. - skuliła twarz w dół przez co jej burza rudych loków opadła niczym sprężynki.
- Nie martw się, jeszcze przyjedziesz do nas. - objęłam ją - A teraz leć.
- Abby! - do pokoju weszła Megan. - Zachowujesz się jakbyś miała więcej nie zobaczyć cioci. - przeniosła swój wzrok z dziewczynki na moją dłoń. - Nie wierzę. Nie mów tylko, że to jest to o czy myślę. - podbiegła do mnie chwytając za rękę, jakby zaraz miała ją oderwać. -Jaki piękny. Dlaczego nic nie mówiliście? - zachwycała się.
- Nie było okazji. - mówiłam speszona.
- Powinniście od razu do mnie zadzwonić. Urządzę wam wspaniałe wesele. - zaczęła wymachiwać rękoma.
- Meg, dziękuję ale mam już pomysł. - zgasiłam jej zapłon.
- Oo, no tak. W końcu to twoje wesele. - posmutniała. Już wiedziałam po kim Abby ma taki wyraz twarzy, gdy się smuci.
- Ale chętnie przyjmę pomoc w organizacji. - pokrzepiłam ją, przez co kobieta podniosła się na duchu.
 - W takim razie lecę wszystkim ogłosić nową nowinę! - uradowana znikła wraz z córką z mojego pola widzenia.
 Pokręciłam głową z niedowierzaniem w to, że od teraz taka będzie moja rodzina. Nie będzie porządku, wiecznych zasad i manier. Będzie rozbrykana i pełna energii, której nie będzie ukrywać.
 Miała być zupełnie inna od poprzedniej, jednak nie przeszkadzało mi to. Spokojnie dotknęłam rękoma brzucha, w którym maleństwo zaczęło dawać znaki, że zgadza się ze mną.
- Nad czym tak rozmyśla moja piękna narzeczona? - z rozmyslań wyrwał mnie Levi.
- Daj rękę. - powiedziałam cicho wyciągając w jego stronę dłoń.
 Chłopak w spokoju przyglądał się temu co robię. Kiedy położyłam jego dłoń w miejscu, gdzie dziecko poruszyło się, na jego twarzy zawitał uśmiech.
- To niesamowite. - powiedział kucając przede mną. - Hej maluszku, to ja twój tatuś. -masował miejsce, gdzie jeszcze niedawno odbiła się nóżka dziecka. - Ty też się cieszysz z wiadomości o ślubie? Ciocia Meg trochę panikuje, jednak nie martw się, nie będzie tak źle.
 W tym momencie po pokoju rozległ się dźwięk telefonu.
 - To pewnie Mary. - chwyciłam telefon w rękę i nie myliłam się. - Słucham?
- Musi Pani tu szybko przyjechać. - mówiła wystraszonym głosem.
- Co się dzieje? - byłam przerażona.
- Sklep...On się pali ! 

16.05.2019

PERFECTION 52


  Ostatnie dni były ciężkie, jednak Levi jak zwykle twardo wspierał mnie, poprawiając mi humor. Wspólne pikniki, wyjazdy nad jezioro czy do kina, romantyczne kolacje. Poczucie, że ma się kogoś bliskiego przy sobie.
 Właśnie siedziałam w ogrodzie czytając książkę, jednocześnie pilnując małej Abby. Mała uwielbia odwiedzać wujka, od kiedy jej nowa, najlepsza ciocia zamieszkała razem z nim. Wspólne zabawy, obiady i rozmowy wprowadzały mnie w poczucie matki, którą za kilka tygodni będę.
 Rodzice Leviego zareagowali na tą wiadomość w kompletnie odwrotny sposób niż moja rodzicielka. Ich radości nie było końca. Mimo iż nie znali mnie dobrze, akceptowali to, że ich syn zostanie ojcem.
 Z fabuły książki wyrwały mnie chłodne ręce okrywające moje oczy. Nie spodziewałam się nikogo innego jak mężczyzny z którym mieszkam.
- Wiedziałam, że to Ty. - wyszczerzyłam rząd białych zębów.
 Nie czekając na jego prośbę, przesunęłam się, robiąc mu miejsce na huśtawce.
- Ciekawa książka? - zapytał obejmując mnie od tyłu.
- Byłaby lepsza, gdybyś pozwolił mi ją przeczytać. - zakpiłam, opierając się na jego torsie.
- Znam o wiele ciekawszy sposób na spędzanie rodzinnie czasu. - schylił głowę przy mojej głowie i zaczął całować miejsca za uchem.
- Levi! Ależ Ty jesteś niemożliwy! - naskoczyłam na niego śmiechem. - Jak możesz myśleć o takich rzeczach podczas gdy jedno dziecko bawi się na podwórku, a drugie za kilka dni ma pojawić się na świecie? - odwróciłam głowę tak, by widzieć jego twarz.
 - A kto mówił o seksie? - zapytał rozbawiony. - Komuś chyba czegoś tu brakuje. - pstryknął w mój nos przez co wróciłam do poprzedniej pozycji. - I chyba wiem jak na to zaradzić.
 Spodziewałam się czułych pieszczot lub zwyczajnego droczenia mnie, jednak nie bordowego pudełeczka.
- Co to? - zapytałam poważna, przełykając panicznie ślinę.
 Drżącymi rękoma otworzyłam pudełko i ujrzałam piękny, złoty pierścionek. Wiedziałam co to oznacza, jednak byłam na to gotowa? Dopiero co uporałam się z jednym małżeństwem i już miałam rozpoczynać nowe?
- Wyjdź za mnie. - usłyszałam cicho wyszeptane tuż przy moim uchu słowa.
 Sparaliżowana nie wydałam z siebie żadnego dźwięku.
- Powiedz coś.- nalegał
- Ja...nie wiem. - zaczęłam się jąkać.
- Oboje się kochamy, będziemy wychowywać dziecko. Nie widzę powodu byśmy nie mogli się pobrać. - był zaskoczony moją reakcją.
- Dopiero co zakończyłam jedno małżeństwo. Mam od razu pchać się w drugie? - chciałam, żeby poczuł się jak ja.
- Ze mną będzie inaczej. - wyjął pierścionek z pudełka i włożył go na mój palec. - Obiecuję.
- Znowu te przygotowania do ślubu. - westchnęłam z bezradności.
- Tym razem nie będziesz z tym sama. - ucałował czubek mojego nosa i mocno objął.
 Tym razem wszystko będzie inaczej. Miałam taką nadzieję i chciałam żeby właśnie tak było.

10.05.2019

PERFECTION 51


 - Van jesteś gotowa? - z korytarza dobiegł mnie głos mojego chłopaka.
- Tak, już idę!
 Ostatnie poprawki i spokojnie mogłam udać się do samochodu, gdzie czekał znudzony Levi. Usiadłam obok niego i nie zapinając pasów wpatrywałam się przed siebie.
 Nie minęło trzydzieści minut, gdy znaleźliśmy się pod moim sklepem. Musiałam sprawdzić sytuację panującą tam i dać trochę pieniędzy do kasy.
- Oh, całe szczęście, że Pani tu jest. - odetchnęła z ulgą pracownica.
- Spokojnie. - wyjęłam portfel i wsadziłam rozmienione pieniądze. - Przepraszamy za zwłokę. Niestety tak się nieraz zdarza. Klienci płacą większymi banknotami i trzeba rozmienić je na drobniejsze. - tłumaczyłam stojącym za ladą klientom.
- Wszystko jest zrozumiałe. - odezwała się znana mi kobieta.
 Kiedy wraz z Mary opanowałyśmy całą sytuacje postanowiłam zostawić kobietę samą.
- Pani Vanesso, jutro ma przyjść chłopak na rozmowę. - przypomniała.
- Ten od dostawy?
- Zgadza się.
- Dziękuję, w takim razie weź sobie jutro wolne. Zajmę się wszystkim. - posłałam jej promienny uśmiech i opuściłam lokal.
 Miałam wsiadać do samochodu kiedy ujrzałam prawie biegnąca w moją stronę matkę.
- Levi, poczekaj. - rozkazałam chłopakowi, po czym sama podeszłam do rodzicielki.
- Jak mogłaś to zrobić? - naskoczyła na mnie. - Dlaczego zostawiłaś Vanca? To odpowiedni kandydat na męża. Byliście po ślubie!
- Mamo, to była najlepsza decyzja ze wszystkich podjętych w moim życiu.
- Jesteś niewdzięczna! Vance, był mężczyzną na poziomie. Zapewniłby wam byt. - wskazała na mój okrągły brzuch. - Jak dziecko będzie się wychowywać bez ojca? Pomyślałaś o tym? - starała się panować nad swoim głosem, jednak jej ciało zdradzało podenerwowanie.
- Owszem, myślałam i dlatego od niego odeszłam. Moje dziecko nie będzie wychowywało się przy ojcu sadyście. Z resztą Levi pomoże mi je wychować.
- Słucham?! - nie dowierzała moim słowom.
- Tak mamo.
- Vanesso, otrząśnij się. Każda kobieta ma chwile słabości, jednak to nie jest powód do niszczenia małżeństwa. - starała się mi przetłumaczyć.
  Kolejny raz utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie mam w niej matczynego wsparcia.
- Chodź ze mną, pojedziemy do Vanca. Może jeszcze wszystko da się naprawić. - chwyciła moją rękę.
- Nie! Nie chcę niczego naprawiać. Nie będziesz już decydowała o moim życiu. Sama je przeżyję. - patrzyłam w rozżalone oczy matki. - Nie chcę mieć takiego życia jak twoje.
- A co jest złego w życiu na poziomie?
- Brak miłości i oparcia.
- I ten chłoptaś, który lata za piłką Ci je da? - zakpiła. - Posłuchaj samej siebie. Czas wydorośleć i porzucić ten bezsensowny świat wyobrażeń. Masz być przykładną żoną i matką. Jedziemy do Vanca. - pociągnęła mnie w swoją stronę.
- Nie! Nie chcę być idealną żoną czy matką. Przez ten krótki czas, rodzina Leviego pokazała mi co to znaczy posiadać prawdziwą rodzinę i oparcie w niej. - widziałam jak na te słowa jej duma zostaje urażona.
- W takim razie życzę Ci szczęścia w swojej nowej rodzinie. Nie przychodź do nas, ani nie dzwoń. - mówiąc te słowa odeszła.
 Przywołując ostatki sił, otworzyłam drzwi samochodu i zajęłam miejsce pasażera.
- Jedź Levi. - wybłagałam i schowałam twarz w dłonie.
 Matka, będąca dla mnie ideałem, przestała nim być, zostawiając córkę, która panicznie wołała by ją ratowała i wspierała, tylko dlatego że nie spełniała jej oczekiwań. Bycie ideałem nie jest takie piękne jak nam się wydaje, i kryje też swoje mroczne strony.

16.03.2019

PERFECTION 50



 Trzy miesiące minęły nam na szczęście spokojnie. Dziecko urosło, a co ze sobą niesie, zaczęło dawać o sobie znaki. Sprawa rozwodowa ciągnęła się dwa miesiące, jednak na szczęście mogłam odetchnąć z ulgą, kiedy opuściłam salę rozpraw.
- Uwolniłam się od niego. - mówiłam do wspierającej mnie Mary. - Naprawdę się od niego uwolniłam.
- Mówiłam, że wszystko pójdzie dobrze. - położyła mi dłoń na ramieniu. - Może jednak jedźmy już stąd. Nie chciałabym natknąć się na Pani byłego męża.
- Masz rację. - całkowicie ją rozumiałam, od mojego odejścia stał się człowiekiem, z którym ciężko jest przebywać w jednym miejscu.
 Kierowałyśmy się w stronę białego samochodu, gdy poczułam mocny ścisk wokół nadgarstka. Odwróciłam wzrok w tamtym kierunku i zobaczyłam nie kogo innego jak Vanca.
- Mało Ci? - wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
- Nie zostawię tego tak. - złość kipiała z jego ciała.
- Masz zakaz zbliżania się. - przypomniałam mu, jednak na nic się to zdało.
- Pamiętaj, że łączy nas jeszcze dziecko. Odbiorę Ci wszystko co jest dla Ciebie ważne. -mówiąc to odszedł w przeciwną stronę.
 Obawiałam się jego zemsty, jednak co mógł mi zrobić? Po narodzinach dziecka, jako biologicznego ojca podam Leviego. Nigdy nie dowie się o prawdziwym ojcu, nawet jeśli Vance będzie chciał mieć do niego prawa.
- Pani Vanesso. - Mary przywróciła mnie do rzeczywistości.
- Już idę. - otrząsnęłam się i zajęłam miejsce kierowcy.
  Odwiozłam pracownicę do sklepu, a sama postanowiłam nie czekać z wieścią na powrót mojego chłopaka. Zostawiłam samochód na parkingu i ruszyłam w kierunku dobrze znanego mi stadionu. Tym razem ochroniarz wpuścił mnie bez problemów.
 Mijałam długi, metalowy korytarz, aż moim oczom ukazał się piękny, zielony trawnik, a na nim grająca drużyna. Nie chciałam przeszkadzać w rozgrywkach, więc usiadłam w pierwszym rzędzie i przyglądałam się dzielnie grającemu chłopakowi.
 Nie minęła długa chwila, kiedy ujrzał mnie i pomachał w moją stronę. Uradowany strzelił bramkę, kończąc pierwszą połowę „meczu”.
 - Jak tam? - podbiegł do mnie nie czekając na kolegów.
- Po sprawie. Od dzisiaj jestem wolną rozwódką. - mówiłam pełna ekscytacji.
  - Chyba nie tak do końca wolną. - dodał całując moje usta. - Nie było żadnych problemów?- zapytał
- Nie. - postanowiłam nie mówić mu o szantażu ze strony Vanca.
- Dziwne, spodziewałem się jakichś zagrań z jego strony.
- Najważniejsze, że jest już po wszystkim. - dotknęłam dłonią jego zarośniętego policzka.
- A jak się ma nasze maleństwo? - odpiął guziki płaszcza odsłaniając mój widoczny brzuch. - Hej malutka, przyjechałaś odwiedzić tatę?. - mówił nachylony do brzucha.
- Ej chłopaki! - usłyszeliśmy krzyknięcie z boiska. - Levi został ojcem! - ciemny mężczyzna wskazał palcem w moją stronę.
 Nie musieliśmy czekać, aż wszyscy zbiegną się gratulując i dotykając maleństwa.
 Szkoda tylko, że nikt nie wiedział kto jest jego prawdziwym ojcem.